Apokalipsa w Trzech Aktach: Jak Trailer Zamordował Film, Zanim Ten Zdążył Się Urodzić?

Pamiętacie państwo jeszcze ten dreszcz niepewności? Tę świętą umowę zawieraną w mroku kinowej sali między twórcą a widzem? Umowę, której atramentem była ciekawość, a pieczęcią – zaufanie. Dziś ten pakt leży w strzępach, rozszarpany przez dwuminutowego, wrzaskliwego tyrana, który wdziera się na nasze ekrany, by odrzeć dzieło z tajemnicy, zanim jeszcze zdążymy kupić bilet. Mówię, rzecz jasna, o trailerze – niegdyś skromnym zwiastunie, dziś – precyzyjnie skrojonym epitafium dla filmowej magii.
Instytut Kinematografii Prewencyjnej w Genewie bije na alarm: ponad 78% współczesnych zwiastunów zawiera co najmniej trzy kluczowe zwroty akcji, a blisko połowa zdradza zakończenie w sposób, który analitycy określają mianem „emocjonalnego szantażu wizualnego”. To już nie jest zaproszenie. To jest streszczenie z wykrzyknikiem, odarte z wszelkiej subtelności, podane na plastikowej tacy w cenie naszego zdumienia.
Cały ten proces gwałtu na narracji można rozłożyć na trzy akty, niczym w klasycznej tragedii, którą trailer tak bezceremonialnie profanuje.
Akt Pierwszy: Geneza Zdrady. Pierwotny zwiastun był szeptem, obietnicą, mrugnięciem oka. Pokazywał twarze, sugerował konflikt, rozbudzał apetyt. Współczesny trailer to monolog szaleńca wykrzykującego wszystkie sekrety z dachu płonącego budynku. Ewolucja od sztuki sugestii do pornografii informacji dokonała się na naszych oczach, a my, zahipnotyzowani feerią barw i kakofonią dźwięków, przyzwoliliśmy na to bez słowa sprzeciwu. Pięć nut zsyntetyzowanej, patetycznej muzyki wystarczy dziś, by opowiedzieć całą historię, od narodzin bohatera po jego rzekomo zaskakującą ofiarę w strugach cyfrowego deszczu.
Akt Drugi: Symfonia Spojlerów. Struktura tego audiowizualnego potworka jest przerażająco przewidywalna. Początkowe, powolne ujęcia budujące świat. Gwałtowne cięcie. Pierwszy punkt zwrotny. Narastająca muzyka. Seria coraz szybszych, wyrwanych z kontekstu scen, które razem tworzą kompletną mapę fabuły. Kolejne cięcie. Chwila ciszy. Najlepszy dialog lub puenta z filmu. I wreszcie – crescendo. Montażowa furia, w której reżyser zdaje się mówić: „Patrz, oto wszystko, co dla ciebie miałem, cała moja praca, skompresowana do 150 sekund. Reszta to już tylko wypełniacz”.
Akt Trzeci: Widmowe Dzieło. I tu dochodzimy do sedna tragedii. Idąc do kina, nie idziemy już obejrzeć filmu. Idziemy zweryfikować trailer. Sprawdzić, czy sceny, które już znamy na pamięć, zostały poprawnie wplecione w resztę materiału. Konsumujemy nie dzieło, lecz jego widmo – wyidealizowaną, pociętą i perfekcyjnie zmontowaną obietnicę, której żywy, pełnometrażowy organizm nigdy nie jest w stanie sprostać. Trailer stał się filmem samym w sobie, a film – zaledwie jego rozszerzonym, często rozczarowującym dodatkiem.
Czy jest jeszcze dla nas ratunek? Czy potrafimy jeszcze wejść do kina „w ciemno”, powierzając swój czas i emocje wizji reżysera, a nie speca od marketingu? Być może ostatnim bastionem prawdziwej sztuki filmowej jest dziś akt buntu – świadome odwrócenie wzroku, gdy na ekranie pojawia się zielona plansza zwiastująca nadchodzącą profanację.
