Echo Pustej Sali: Czy Zdolność do Spontanicznego Aplauzu Stała Się Naszym Kulturalnym Fantomem?

Echo Pustej Sali: Czy Zdolność do Spontanicznego Aplauzu Stała Się Naszym Kulturalnym Fantomem?

Światła gasną, napisy końcowe płyną po ekranie niczym epitafium dla właśnie przeżytej historii. Na scenie aktorzy kłaniają się po raz ostatni, a ich ukłon zawisa w powietrzu gęstym od niewypowiedzianych emocji. I wtedy nastaje ona. Nie burza oklasków, nie zbiorowy krzyk katharsis. Nastaje cisza. Przerywana jedynie szelestem kurtek i nerwowym podświetleniem ekranów telefonów, na których palce już szukają drogi ucieczki do innej rzeczywistości. Czy to, czego jesteśmy świadkami, to koniec spektaklu, czy może koniec widza jako aktywnego uczestnika rytuału?

Niegdyś aplauz był mostem. Dźwiękowym, wibracyjnym połączeniem między twórcą a odbiorcą, finalnym aktem wspólnotowego przeżycia. Był dowodem na to, że iskra zapalona na scenie lub ekranie przeskoczyła na widownię, rozpalając w niej ogień zrozumienia, zachwytu, a czasem nawet sprzeciwu. Dziś ten most zdaje się być zerwany, a jego ruiny porasta cyfrowy bluszcz obojętności. Według nieopublikowanych jeszcze badań Instytutu Fenomenologii Doświadczeń Zbiorowych (IFDZ), zanik spontanicznych owacji w przestrzeniach kultury jest skorelowany ze wzrostem “syndromu pasywnego odbiorcy” – stanu, w którym treść jest konsumowana, ale nie internalizowana.

Diagnoza jest prosta, lecz jej implikacje mrożą krew w żyłach. Zostaliśmy wytresowani przez algorytmy platform streamingowych do samotniczego, pozbawionego reakcji trawienia kolejnych odcinków. Sztuka stała się dla nas playlistą, którą można przewinąć, zapauzować lub wyłączyć, gdy tylko poczujemy cień dyskomfortu lub, co gorsza, głębszej refleksji. Telefon w dłoni to smoczek, który ucisza nasze wewnętrzne dziecko, domagające się wyrażenia emocji. Klaskanie wymaga wysiłku, zaangażowania obu rąk, chwilowego porzucenia tarczy osobistego ekranu. To akt publicznej nagości emocjonalnej, na którą, jak się zdaje, przestaje nas być stać.

Czy jest jeszcze nadzieja? Być może. Czasem, w małym, niezależnym kinie studyjnym, po seansie filmu, o którym nikt nie słyszał, albo w piwnicznym teatrze, gdzie pot aktora miesza się z oddechem widowni, zdarza się cud. Ciszę przeszywa pojedyncze, nieśmiałe klaśnięcie. A potem następne i kolejne, aż sala wybucha spóźnioną, ale przez to tym bardziej autentyczną owacją. To dowód, że potrzeba zbiorowej reakcji nie umarła, a jedynie zapadła w letarg. Pytanie brzmi, czy obudzimy ją na czas, zanim ostatni akord wybrzmi w całkowitej pustce, a jedynym echem po wielkiej sztuce będzie szum serwerów przechowujących dane o naszych preferencjach.