Ekonomia Fuchy: Jak Zostać Kowalem Własnego Losu i Wykuć Sobie Dwa Etaty za Pół Pensji

W dzisiejszym felietonie z cyklu „Co nam urosło, co nam spadło” przyjrzymy się zjawisku, które niczym dobrze oprocentowana lokata rośnie w siłę w naszych portfelach i umysłach. Urosła nam bowiem wiara w „side hustle”, czyli dodatkowe zajęcie, które ma nas uczynić finansowymi baronami na pół etatu. Spadła natomiast, co ciekawe, średnia liczba przespanych godzin i zdolność do odczuwania radości w niedzielne popołudnie.
Kultura „hustle” obiecuje nam niezależność, elastyczność i strumień gotówki płynący wartko niczym środki z funduszu spójności. W teorii, zmieniamy pasję w dochód, a wolny czas w inwestycję. Zostajemy prezesami własnej, jednoosobowej korporacji, której siedziba mieści się w plecaku z jedzeniem lub na tylnym siedzeniu ośmioletniego kompaktu. Brzmi jak sen? Owszem, najczęściej ten, z którego budzimy się bardziej zmęczeni niż przed pójściem spać.
Zgodnie z najnowszym raportem Międzywydziałowego Instytutu Analiz Rynkowych i Zmęczenia Materiału (MIARiZM), aż 67% Polaków rozważających „fuchę” jako główne źródło motywacji podaje „chęć bycia własnym szefem”. Problem w tym, że ten nowy szef – czyli my sami – okazuje się być znacznie gorszym tyranem niż znienawidzony kierownik z korpo. Nie uznaje weekendów, urlopów ani zwolnień lekarskich, a jego ulubioną formą motywacji jest groźba niezapłaconych rachunków.
Przeanalizujmy model biznesowy przeciętnego „mikroprzedsiębiorcy” w ekonomii fuchy. Nazwijmy go Panem Mariuszem, lat 34, z zawodu „niezależnym partnerem logistycznym platformy X”. Pan Mariusz inwestuje w środek produkcji (rower lub samochód), ponosi koszty jego eksploatacji, ubezpieczenia i serwisu. Płaci własne składki ZUS i samodzielnie rozlicza podatki. W zamian otrzymuje przywilej konkurowania w czasie rzeczywistym o zlecenia, których wartość ustala bezduszny algorytm, zoptymalizowany pod kątem maksymalizacji zysku platformy, nie Pana Mariusza.
To, co w materiałach marketingowych nazywane jest „elastycznością”, w praktyce oznacza pracę w godzinach największego popytu – czyli wieczorami, w weekendy i podczas ulewy stulecia. To, co nazywa się „atrakcyjnym wynagrodzeniem”, po odliczeniu wszystkich kosztów (paliwo, amortyzacja, ZUS, podatek, koszt zjedzonej w pośpiechu kanapki) często oscyluje w okolicach płacy minimalnej, ale bez jej przywilejów w postaci płatnego urlopu czy L4.
Stworzyliśmy wizualizację finansów Pana Mariusza. Gdyby jego miesięczny przychód przedstawić jako apetyczną pizzę, to wyglądałaby ona następująco:
- 30% (3 kawałki): Prowizja dla platformy – bo algorytm sam się nie nakarmi.
- 20% (2 kawałki): Danina publiczna (ZUS i podatki) – bo Państwo też musi mieć swój kawałek.
- 15% (1,5 kawałka): Koszty operacyjne (paliwo, serwis, ubezpieczenie) – czyli inwestycja w narzędzie pracy, które zużywa się w oczach.
- 10% (1 kawałek): Koszty życia w biegu (napoje energetyczne, szybkie jedzenie) – paliwo dla operatora narzędzia pracy.
Panu Mariuszowi, po całym miesiącu bycia „kowalem własnego losu”, zostaje na talerzu nieco ponad dwa kawałki pizzy, czyli około 25% tego, co faktycznie wygenerował. Czy to jest ta obiecana wolność finansowa? Raczej subskrypcja na kierat w wersji premium.
Podsumowując, ekonomia fuchy to fascynujący mariaż XIX-wiecznych warunków pracy z technologią XXI wieku. Oferuje iluzję wolności, opakowaną w przyjazny interfejs aplikacji. Zanim jednak rzucimy etat, by zostać „niezależnymi partnerami”, warto wziąć do ręki kalkulator. Może się bowiem okazać, że jedyne, co nam urosło, to dług na karcie kredytowej. A to już wskaźnik, którego nie zignoruje żaden analityk.
