Ekonomia Fuchy: Jak Zostać Kowalem Własnego Losu i Wykuć Sobie Dwa Etaty za Pół Pensji

Ekonomia Fuchy: Jak Zostać Kowalem Własnego Losu i Wykuć Sobie Dwa Etaty za Pół Pensji

Witajcie w cotygodniowym przeglądzie kondycji naszych portfeli, znanym szerzej jako „Co nam urosło, co nam spadło”. Dziś na warsztat biorę zjawisko, które niczym finansowy crossfit, obiecuje rzeźbę budżetu i elastyczność godną olimpijskiego gimnastyka. Mowa o „gig economy”, czyli, tłumacząc na nasze, ekonomii fuchy. W teorii brzmi to jak sen neoliberała: jesteś swoim własnym szefem, pracujesz kiedy chcesz, a pieniądze płyną strumieniem szerszym niż Wisła po roztopach. W praktyce? Cóż, strumień ten często ma głębokość kałuży po letnim deszczu.

Zgodnie z najnowszym raportem Instytutu Badań nad Elastycznością Portfela (IBnEP), aż 78% ankietowanych „niezależnych kontraktorów” przyznało, że ich głównym benefitem pracowniczym jest możliwość płakania w zaciszu własnego samochodu między jednym a drugim zleceniem. To imponujący wzrost o 15 punktów procentowych w stosunku do pracowników etatowych, którzy na ogół muszą chować się w firmowej toalecie. Czy to właśnie ta mityczna wolność, o której tyle słyszymy?

Przeanalizujmy zatem dogłębnie ten model biznesowy, który pozwala być jednocześnie prezesem, pracownikiem, księgowym i specjalistą od BHP we własnej jednoosobowej korporacji niedostatku. Z jednej strony mamy obietnicę złotych gór, z drugiej – twardą ekonomiczną rzeczywistość, w której jedyną rzeczą rosnącą szybciej od liczby zleceń jest poziom naszego kortyzolu.

Co nam urosło, co nam spadło – Edycja Specjalna: Gig-Worker

  • Urosło: Poczucie bycia „przedsiębiorcą” i „panem własnego losu”. Wskaźnik ten rośnie logarytmicznie wprost proporcjonalnie do liczby obejrzanych filmów motywacyjnych na YouTube w godzinach 2-4 nad ranem.
  • Spadło: Średnia stawka godzinowa po odliczeniu kosztów (paliwo, amortyzacja sprzętu, ZUS, ubezpieczenie i cena kawy niezbędnej do przetrwania). W wielu przypadkach spada poniżej poziomu godności ludzkiej, a czasem nawet poniżej kosztu produkcji jednego bitcoina w Kazachstanie.
  • Urosło: Liczba aplikacji na smartfonie, które śledzą naszą lokalizację, oceniają naszą wydajność i przypominają, że jesteśmy tylko trybikiem w maszynie, którą sami musieliśmy sobie kupić.
  • Spadło: Poczucie bezpieczeństwa socjalnego. Spadło tak nisko, że zaczęło szukać ropy naftowej i znalazło jedynie głęboką depresję sezonową, która trwa cały rok.

Jak twierdzi dr hab. Janusz Drenowski z Katedry Kreatywnej Księgowości Stosowanej, „gig economy to fascynujący model, w którym ryzyko biznesowe zostało w 100% przerzucone z korporacji na jednostkę, podczas gdy zyski podążają w kierunku dokładnie odwrotnym”. To odkrycie, godne nagrody Nobla z ekonomii, tłumaczy, dlaczego dostawca jedzenia na rowerze musi sam martwić się o L4, urlop i składki emerytalne, podczas gdy platforma zarabia na każdej jego dostawie, nie oferując w zamian niczego poza algorytmicznym systemem ocen, który potrafi zrujnować karierę za jedno chłodniejsze curry.

Podsumowując, ekonomia fuchy to piękna idea opakowana w marketingowy bełkot o wolności i niezależności. W rzeczywistości to często wyścig na dno, w którym wygrywa ten, kto zgodzi się pracować za najniższą stawkę, najdłużej i z najszerszym, choć wymuszonym, uśmiechem. Zamiast więc rzucać stabilny, nudny etat na rzecz iluzji bycia cyfrowym nomadą rozwożącym pizzę, może warto przekalkulować, czy ta mityczna elastyczność jest warta ceny, jaką przyjdzie nam za nią zapłacić. A ceną tą rzadko kiedy są tylko pieniądze.