Saga Nieskończonych Wersji: Czy 'Wersja Reżyserska' To Ostatni Bastion Sztuki, Czy Marketingowy Policzek Wymierzony Widzowi?

Istnieje pewna sakralna chwila, moment niemal liturgiczny, w którym dzieło opuszcza ręce swego stwórcy i staje się bytem autonomicznym. Obraz zostaje pokryty werniksem, ostatnia nuta symfonii wybrzmiewa w pustej sali, a na ekranie pojawia się ostateczne, nieodwołalne „FIN”. To akt artystycznej kropki nad „i”, kapitulacja twórcy przed własną kreacją. A jednak, w mrocznych zakamarkach współczesnej dystrybucji czai się widmo, które tę świętość bezcześci. Widmo nosi miano „Director’s Cut”.
Ta marketingowa hydra o wielu głowach – edycji rozszerzonej, wersji ostatecznej, cięcia finalnego – obiecuje nam dostęp do nieskażonej wizji artysty, do prawdy ukrytej przed nami przez bezdusznych producentów. Ale czy za tą obietnicą nie kryje się przypadkiem najzwyklejszy w świecie cyrograf, podpisany krwią sztuki w zamian za kilka dodatkowych srebrników? Czy dodatkowe piętnaście minut sceny, w której protagonista duma nad losem ludzkości, jedząc kanapkę z serem, faktycznie wnosi coś do katharsis, czy jest jedynie fuszerką, która nie przeszła pierwotnej selekcji?
Pamiętam czasy, nie tak odległe, gdy film był monolitem. Skałą, która opierała się falom interpretacji, ale której kształt pozostawał niezmienny. Dzieło było manifestem, zamkniętą opowieścią, która broniła się sama. Dzisiaj film przypomina raczej cyfrową plastelinę, którą można dowolnie ugniatać, rozciągać i przemodelowywać w zależności od potrzeb rynku. Jak donosi Instytut Kinematografii Porównawczej w Zgierzu, przeciętny blockbuster posiada dziś średnio 3,7 wersji, z czego każda kolejna obiecuje być „tą jedyną, prawdziwą”.
To choroba naszych czasów – artystyczna bulimia. Twórcy, niczym nienasyceni bogowie, nie potrafią pożegnać się ze swoim dziełem. Wracają do niego, dodają, odejmują, przemontowują, jakby wierzyli, że gdzieś w tych dodatkowych kadrach kryje się ostateczny sens. A może to tylko strach przed pustką? Lęk, że pierwotna wersja nie była doskonała, a więc oni sami są naznaczeni skazą?
Weźmy na warsztat zapomnianego mistrza polskiego kina absurdu, Bogusława Mętnookiego. Jego opus magnum, „Asfaltowe Łzy”, w wersji kinowej trwało znośne 92 minuty. Dziś na rynku kolekcjonerskim krąży siedem różnych edycji, w tym „Wersja Poranna Mgła” (z dodaną sceną parzenia herbaty) oraz „Edycja Ostatecznego Zmierzchu” (dłuższa o 4 sekundy, podczas których w tle przejeżdża tramwaj). Każda z tych wersji jest rzekomo bliższa sercu reżysera, a w rzeczywistości oddala nas od serca samego filmu.
Zjawisko to doskonale wpisuje się w mój autorski model krytyki:
Cztery kadry / Pięć nut / Jedno zdanie
Recenzja „Asfaltowych Łez: Edycji Platynowej Po Zmroku”
Cztery kadry:
- Zbliżenie na kroplę deszczu spływającą po policzku trzecioplanowej postaci.
- Bohaterka poprawia fryzurę, patrząc w witrynę sklepową przez dodatkowe sześć sekund.
- Ujęcie na kota przebiegającego przez ulicę (w wersji kinowej był to pies).
- Dodatkowe pół sekundy czerni przed napisami końcowymi, symbolizujące nicość.
Pięć nut:
- C-dur (nostalgia za wersją kinową).
- F-moll (egzystencjalna pustka wywołana nowymi scenami).
- G-dur (fałszywa nadzieja, że kolejna scena będzie miała sens).
- A-moll (smutek remasteringu audio, który uwypuklił szumy).
- Cisza (najważniejszy, lecz wciąż nieobecny element dzieła).
Jedno zdanie: Dzieło tak kompletne w swej pierwotnej niedoskonałości, że każda próba jego „naprawy” przypomina próbę wyprostowania Krzywej Wieży w Pizie przy użyciu młotka.
Być może ta niekończąca się pogoń za wersją ostateczną nie jest problemem artystów, lecz naszym własnym. To my, widzowie, nie potrafimy pogodzić się z finalnością. Chcemy więcej, głębiej, inaczej. A przemysł filmowy, niczym wytrawny szarlatan, sprzedaje nam tę iluzję pełni w wygodnych, kolekcjonerskich pudełkach. Prawdziwa sztuka nie potrzebuje jednak przypisów i aneksów. Ona po prostu jest. I milczy. A my, zamiast słuchać tego milczenia, gorączkowo poszukujemy wersji z komentarzem reżysera, który wyjaśni nam, co powinniśmy byli poczuć.
