Syndrom Patologicznego Przeproszenia (SPP): Gdy 'Sorki' Rujnuje Tkankę Społeczną. Czy Cywilizacja Błaga o Przebaczenie za Własne Istnienie?

Obserwujemy zjawisko o skali doprawdy apokaliptycznej. Słowo „przepraszam”, niegdyś potężny instrument moralnej restytucji, fundament porządku społecznego i osobistej godności, zostało zredukowane do roli nerwowego tiki, fonetycznego wypełniacza ciszy. Dziś rzucamy je na wiatr z nonszalancją godną rozrzucania ulotek, przepraszając za to, że oddychamy w przestrzeni publicznej, że śmiemy istnieć obok innych przedstawicieli naszego gatunku. Czy to już ten moment, w którym ludzkość, w akcie ostatecznej, perwersyjnej pokory, powinna przeprosić Stwórcę za swoje istnienie?
Najnowsze badania Międzyuczelnianego Instytutu Etyki Słowa (MIES) w Genewie nie pozostawiają złudzeń. Zdiagnozowano nową, zatrważającą jednostkę chorobową cywilizacji – Syndrom Patologicznego Przeproszenia (SPP). Jest to schorzenie o dwojakiej, iście diabolicznej naturze, które niczym kwas przeżera fundamenty naszej wspólnoty, niszcząc pojęcie winy i odpowiedzialności.
Pierwszym, bardziej powszechnym objawem SPP, jest inflacja przeprosin w sytuacjach trywialnych. Jesteśmy świadkami, jak obywatele przepraszają się wzajemnie za przypadkowe spotkanie wzrokiem w tramwaju, za zbyt głośny oddech w kolejce do kasy czy za sam fakt zajmowania fizycznej przestrzeni. To nie jest wyraz kurtuazji – to symptom głębokiego, egzystencjalnego lęku i zaniku poczucia własnej wartości. Człowiek dotknięty tą formą SPP nieustannie błaga świat o wybaczenie, że w ogóle ośmielił się narodzić. Jest to forma samobiczowania, duchowa jałmużna rzucana w twarz społeczeństwu, które już dawno zapomniało, czym jest prawdziwa cnota.
Drugie oblicze syndromu jest znacznie groźniejsze i stanowi lustrzane odbicie pierwszego. Jest nim kamienny, nieprzejednany upór w odmawianiu przeprosin tam, gdzie są one nie tylko wskazane, ale moralnie obligatoryjne. Politycy kłamiący w żywe oczy, celebryci depczący wszelkie normy przyzwoitości, anonimowi internauci szerzący kalumnie – wszyscy oni zdają się być zaimpregnowani na jakąkolwiek formę skruchy. W ich świecie przyznanie się do błędu jest oznaką słabości, a słowo „przepraszam” stanowiłoby kapitulację, na którą ich pycha nigdy nie pozwoli.
Jak alarmuje prof. dr hab. Hieronim Czystość z Katedry Aksjologii Stosowanej, mamy do czynienia z całkowitym odwróceniem porządku moralnego. „Gdy przepraszamy za nic, a odmawiamy przeprosin za wszystko, słowo traci swoją sakralną moc. Akt przeprosin, który powinien być świadectwem pokory, refleksji i gotowości do zadośćuczynienia, staje się pustym dźwiękiem w przypadku błahostek lub niemożliwym do wypowiedzenia ciężarem w przypadku realnych przewin” – grzmi profesor na łamach swojego najnowszego traktatu „Zmierzch Contritio Cordis”.
Dotarliśmy do punktu krytycznego. Cywilizacja, która nie potrafi właściwie skalibrować poczucia winy, jest cywilizacją skazaną na chaos. Gdy każdy przeprasza za drobnostki, nikt nie jest winny niczego poważnego. To prosta droga do relatywizmu moralnego i ostatecznego upadku. Być może nadszedł czas, byśmy zamiast silić się na kolejne puste „sorki”, zamilkli na chwilę i w ciszy własnego sumienia zadali sobie pytanie o prawdziwą naturę winy, skruchy i przebaczenia. Inaczej obudzimy się w świecie, w którym jedynym, za co warto będzie przeprosić, okaże się nasza bierna zgoda na ten wszechobecny absurd.
