Ekonomia Koncertowa: Jak Zostać Dyrektorem Własnej Niepewności i Dyrygentem Orkiestry Niedopłaconych Zleceń?

Ekonomia Koncertowa: Jak Zostać Dyrektorem Własnej Niepewności i Dyrygentem Orkiestry Niedopłaconych Zleceń?

W erze cyfrowego nomadyzmu i wszechobecnych aplikacji obiecujących elastyczność, termin „gig economy”, czyli nasza rodzima „ekonomia koncertowa”, brzmi jak aria wolności dla uszu zmęczonego korporacyjnym rygorem pracownika. Obraz prezesa własnego losu, pracującego z hamaka na Bali za pomocą jednego smartfona, stał się nowym Świętym Graalem rozwoju osobistego. Jednakże, jak wskazują najnowsze analizy Instytutu Finansów Stosowanych i Rozczarowań (IFSiR), za tą lśniącą fasadą kryje się często prozaiczna walka o przetrwanie, w której jedyną elastycznością jest ta w naszym kręgosłupie, od schylania się po kolejne nisko płatne zlecenia.

Czy zatem jesteśmy świadkami rewolucji na rynku pracy, która uwolni nas z okowów etatu, czy raczej bierzemy udział w masowym eksperymencie, którego celem jest sprawdzenie, jak nisko można zbić stawkę za godzinę, zanim pracownik zorientuje się, że dopłaca do interesu? W moim cyklicznym felietonie „Co nam urosło, co nam spadło” przyjrzymy się dziś, co tak naprawdę rośnie w ekonomii koncertowej – nasza niezależność czy raczej stan naszego zadłużenia.

Zacznijmy od podstaw. Głównym magnesem przyciągającym do świata zleceń „na żądanie” jest obietnica bycia sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Nikt nad tobą nie stoi, nie ma rocznych ocen, nikt nie kontroluje twojej obecności przy biurku. Brzmi wspaniale, dopóki nie uświadomimy sobie, że naszym nowym, niewidzialnym szefem jest bezduszny algorytm. To on, na podstawie niezrozumiałych dla nas metryk, decyduje, czy dziś zarobimy na czynsz, czy jedynie na paczkę zapałek. Jak wykazali analitycy z Międzywydziałowego Centrum Badań nad Cyfrowym Panoptykonem, algorytmy platform pośredniczących faworyzują dyspozycyjność graniczącą z permanentnym stanem gotowości, co w praktyce zamienia elastyczność w dobrowolne, całodobowe niewolnictwo.

Przeanalizujmy modelowy budżet „wolnego strzelca” ery cyfrowej. Pan Tomasz, lat 32, porzucił etat w dziale marketingu na rzecz kariery jako „kreatywny dostawca treści wizualnych i logistycznych” (w praktyce: robi zdjęcia na zlecenie, rozwozi jedzenie i pisze teksty SEO o wyższości karmy dla psów jednej marki nad drugą). Spójrzmy na jego miesięczne przepływy finansowe:

Przychody:

  • Zlecenia graficzne: 1800 zł
  • Dostawy jedzenia: 1200 zł
  • Copywriting: 700 zł
  • Suma: 3700 zł brutto (brzmi nieźle!)

Koszty stałe i zmienne (o których rzadko się mówi):

  • Składki ZUS (tzw. mały ZUS): ~780 zł
  • Podatek dochodowy (ryczałt): ~400 zł
  • Księgowość online: 150 zł
  • Paliwo/amortyzacja skutera: 450 zł
  • Subskrypcje oprogramowania graficznego: 250 zł
  • Brak płatnego urlopu i L4 (koszt utraconych korzyści, trudny do oszacowania, ale bolesny w skutkach)
  • Kawa i napoje energetyczne (niezbędne paliwo operacyjne): ~200 zł

Zysk netto na rękę: 3700 - 780 - 400 - 150 - 450 - 250 - 200 = 1470 zł

Nagle okazuje się, że pan Tomasz, pracując nierzadko po 10-12 godzin dziennie, osiąga dochód, który stawia go w niebezpiecznej bliskości płacy minimalnej, pozbawiając jednocześnie wszelkich zabezpieczeń socjalnych. Jego „wolność” jest wolnością wyboru między zleceniem za 20 zł a brakiem zlecenia.

Ekonomia koncertowa to fascynujący miraż, który sprzedaje nam niezależność w cenie stabilności. Jest to system idealny dla platform pośredniczących, które nie ponoszą żadnych kosztów pracowniczych, przerzucając całe ryzyko biznesowe na jednostkę. Zanim więc rzucimy etat z gromkim okrzykiem „carpe diem!”, weźmy do ręki kalkulator. Może się okazać, że ten „koncert” to tak naprawdę gra do jednej bramki, a my jesteśmy w niej tylko piłką.