Elegia dla Posłowia: Czy Ostatnie Słowo Zostało Już Powiedziane, a My Go Nie Usłyszeliśmy?

Istnieje pewien rodzaj ciszy, który następuje po ostatnim zdaniu wielkiej powieści. To nie jest pustka, lecz rezonans; echo świata, który właśnie opuściliśmy, jeszcze drgające w zakamarkach duszy. Był to niegdyś moment sakralny, przestrzeń na oddech, którą mistrzowie pióra pieczołowicie projektowali, często domykając ją posłowiem – ostatnim, serdecznym uściskiem dłoni autora, jego ukłonem w stronę czytelnika.
Dziś ta cisza została zagłuszona. Została brutalnie zamordowana przez algorytm, który w milisekundzie po ostatniej kropce podsuwa nam „10 książek, które musisz przeczytać, jeśli spodobała ci się ta”. Ostatnie słowo umarło, a my, wpatrzeni w ekran, nawet nie zauważyliśmy jego agonii.
Posłowie, dedykacja końcowa, owo francuskie „envoi”, było czymś więcej niż tylko dodatkiem. Było pomostem między fikcją a rzeczywistością, westchnieniem ulgi twórcy, a czasem jego testamentem. Było świadectwem, że dzieło jest zamkniętą całością, artefaktem posiadającym swój definitywny początek i, co ważniejsze, swój koniec. Jak donoszą badacze z Międzynarodowego Instytutu Koherencji Narracyjnej w Zurychu, w erze cyfrowej „akt zamknięcia narracyjnego” uległ atrofii o blisko 94%. Zastąpiła go „pętla nieustannego zaangażowania”, marketingowy potwór karmiący się naszą niezdolnością do przeżycia końca.
Ta choroba toczy nie tylko literaturę. Spójrzmy na muzykę, gdzie kunsztowny „fade out”, owo powolne rozpływanie się dźwięku w nicości, został zastąpiony przez twarde cięcie playlisty, rzucające nas bez ostrzeżenia w objęcia kolejnego utworu. Kino, zamiast pozwolić nam kontemplować napisy końcowe, atakuje nas sceną po napisach, która nie jest refleksją, lecz bezczelną reklamą następnej części. To już nie jest „post scriptum”, to ordynarne „prae scriptum” – dopisek do czegoś, co jeszcze nie powstało.
Analizując to zjawisko w ramach naszego cyklu, otrzymujemy obraz kulturowej nekrozy:
Cztery kadry:
- Zbliżenie na pożółkły papier listu, gdzie pod podpisem widnieje starannie nakreślone P.S.
- Rozjarzony ekran smartfona z automatycznie odtwarzanym kolejnym wideo.
- Czytelnik w fotelu, zamykający z namysłem książkę i wpatrujący się w dal.
- Kursor myszy nerwowo klikający przycisk „Pomiń” na liście płac.
Pięć nut: Ostatni akord fortepianu w pustej sali koncertowej, wybrzmiewający tak długo, aż jego drgania staną się jednością z otaczającą go ciszą.
Jedno zdanie: W kulturze, która panicznie boi się końca, ostatecznym dziełem sztuki stał się nieprzerwany strumień treści, a my staliśmy się jego bezwolnymi konsumentami, niezdolnymi do postawienia kropki.
Być może największą tragedią nie jest to, że straciliśmy posłowie, ale że utraciliśmy potrzebę jego istnienia. Pogrążeni w wiecznym teraz, w niekończącej się opowieści bez puenty, zapomnieliśmy, że każda historia, by mogła prawdziwie w nas żyć, musi się kiedyś skończyć. To właśnie w tym ostatnim słowie, w tym finalnym geście, kryła się niegdyś cała jej moc. Słowie, którego już nikt nie pisze i na które nikt już nie czeka.
