Epitafium na Wkładce: Jak Podziękowania w Albumach Stały się Ostatnim Szeptem Artysty, Który Zagłuszył Szum Serwera?

Pamiętam ten niemal liturgiczny gest. Drżącymi z ekscytacji palcami uwalniałem książeczkę z plastikowych szczęk pudełka CD. Jej zapach – mieszanina farby drukarskiej i nadziei – był preludium do muzycznej uczty. Lecz zanim pierwszy dźwięk wibrującej membrany głośnika przeniknął powietrze, następował rytuał najważniejszy: lektura podziękowań. Gęsty, często niemal nieczytelny makaron liter, w którym artysta kodował mapę swojego wszechświata. Był to intymny list do świata, szept wdzięczności rzucony w eter. Dziś, gdy muzyka jest strumieniem danych, a album plikiem na serwerze, ten szept zamienił się w głuche echo w cyfrowej pustce. Czy zagubiliśmy coś więcej niż tylko kilka linijek tekstu?
Instytut Semiotyki Dźwiękowej w Zurychu w swoich, niestety ignorowanych przez mainstream, badaniach z 2003 roku nazwał te sekcje “mikro-narracjami wdzięczności”, uznając je za kluczowy element para-tekstualny, budujący pomost między twórcą a odbiorcą. To nie była zwykła lista płac. To był panteon inspiracji, hołd dla cierpliwości rodziny, ukłon w stronę technika, który o trzeciej nad ranem znalazł idealne brzmienie werbla. To były prywatne żarty, pseudonimy zrozumiałe tylko dla garstki wtajemniczonych, deklaracje miłości i manifesty artystyczne skryte między “dziękuję dla mamy” a “specjalne pozdrowienia dla gościa od pizzy”. Była to archeologia duszy artysty, do której klucz dostawaliśmy wraz z płytą za kilkadziesiąt złotych.
A co mamy dzisiaj? Perfekcyjnie skrojoną, bezduszną przestrzeń platformy streamingowej. Okładka jest kwadratową ikoną, a cała otoczka dzieła została zredukowana do hiperłącza “pokaż informacje o utworze”, gdzie w najlepszym razie znajdziemy nazwiska producentów. Zniknęła tkanka łączna, cała ta ludzka, pełna wzruszeń i anegdot otoczka, która sprawiała, że album był czymś więcej niż zbiorem piosenek. Był artefaktem, świadectwem pewnego momentu w czasie i przestrzeni, naznaczonym nie tylko dźwiękiem, ale i siecią ludzkich relacji. W zamian dostaliśmy wygodę i… pustkę. Artysta stał się dostawcą treści, a my – konsumentami danych. Ostatni bastion człowieczeństwa w muzyce skapitulował przed bezosobowym serwerem.
Cztery kadry / Pięć nut / Jedno zdanie
Recenzja instalacji “Elegia dla Wkładki” anonimowego artysty z kolektywu “Pixeløza”.
Cztery kadry: Zbliżenie na pożółkły papier wkładki do kasety magnetofonowej. Palec wodzący po wytartym nazwisku. Puste, otwarte pudełko po płycie CD odbijające światło neonu. Migocząca dioda na routerze w ciemnym pokoju.
Pięć nut: Szmer przewracanej kartki bookletu. Cichy trzask zamykanego plastikowego pudełka. Szum wentylatora serwera. Cyfrowy artefakt w skompresowanym pliku audio. Cisza.
Jedno zdanie: Gdy ostatnie szczere “dziękuję” zostało zastąpione przez targetowany link partnerski, sztuka nie umarła – po prostu została zoptymalizowana na śmierć.
Być może to tylko sentymentalne zawodzenie tetryka tęskniącego za światem, który przeminął. Ale może w tej tęsknocie za zadrukowanym kawałkiem papieru kryje się głębsza prawda o naszej kulturze. O tym, jak w pogoni za efektywnością i natychmiastowym dostępem amputujemy kolejne fragmenty duszy dziełom sztuki, zostawiając jedynie ich szkielety. Podziękowania na wkładkach były dowodem na to, że za każdą piosenką stali ludzie – z ich długami wdzięczności, przyjaźniami i miłościami. Dzisiaj za piosenkami stoi głównie algorytm. I to jest najbardziej ogłuszająca cisza, jaką można usłyszeć.
