Epitafium na Złoconym Kartoniku: Jak Cyfrowy Event Zabił Duszę Gościnności?

Epitafium na Złoconym Kartoniku: Jak Cyfrowy Event Zabił Duszę Gościnności?

Pamiętacie ten szept? Ten dyskretny, niemal nabożny szelest, gdy palce rozrywały kopertę, by odsłonić kartonik o gramaturze obiecującej więcej niż tylko informację. Zaproszenie. Nie powiadomienie, nie link, nie wpis w kalendarzu. Namacalny artefakt, prolog do wydarzenia, który zaczynał się w chwili, gdy listonosz wrzucił go do naszej skrzynki. Dziś skrzynki milczą, a ich cyfrowi kuzyni krzyczą notyfikacjami o wydarzeniach, które równie dobrze mogłyby być aktualizacją oprogramowania.

Według najnowszych, choć niepokojących danych Międzywydziałowego Instytutu Etyki Cyfrowej i Relacji Międzyludzkich (MIECiRM), ponad 87% zaproszeń w przestrzeni społecznej odbywa się dziś za pośrednictwem platform, które traktują nas jak węzły w sieci, a nie gości honorowych. Czy w pogoni za efektywnością, zamieniliśmy gest serca na kliknięcie myszy?

Akt otwarcia listu był rytuałem. celebracją antycypacji. Wybór papieru, krój pisma, subtelne złocenie czy precyzyjny odcisk stempla – wszystko to stanowiło niewerbalny komunikat, preludium do opowieści, którą mieliśmy współtworzyć. Był to pierwszy toast wzniesiony na cześć gościa, szacunek wyrażony w materii, zanim jeszcze padły pierwsze słowa powitania. Dziś ten toast zastąpiło beznamiętne „Zaakceptuj / Odrzuć / Może”, które jest niczym innym jak cyfrowym westchnieniem obojętności.

Jak twierdzi dr hab. Amadeusz Kaligraf z Katedry Etnografii Codzienności, „Zaproszenie cyfrowe jest logistycznym egzoszkieletem pozbawionym duszy. Redukuje ono złożony akt społeczny do binarnego statusu obecności. Człowiek nie jest już zapraszany, jest ‘dodawany do wydarzenia’. To semantyczna i kulturowa kapitulacja”. Trudno się z nim nie zgodzić, gdy nasza obecność na ślubie przyjaciół jest warta tyle samo, co udział w webinarze o optymalizacji lejków sprzedażowych.

Utraciliśmy nie tylko gest, ale i całą gałąź sztuki użytkowej. Kaligrafia, introligatorstwo, sztuka drukarska – te dziedziny, które nadawały zaproszeniom unikalny charakter, dziś walczą o przetrwanie w niszach dla koneserów. Kiedyś przechowywaliśmy te małe dzieła sztuki w pudełkach z pamiątkami, jako materialne kotwice wspomnień. Co przechowamy dzisiaj? Zrzut ekranu z potwierdzeniem dołączenia do grupy na WhatsAppie?

Pozostaje nam więc mały, prywatny requiem, odprawiony w estetyce, którą tak cenię.

Cztery kadry: Palec wodzący po tłoczonej literze na czerpanym papierze. Kursor myszy zawieszony nad przyciskiem „Zainteresowany/a”. Pudełko pełne pożółkłych zaproszeń ślubnych przewiązane wstążką. Czerwona kropka notyfikacji pulsująca na ekranie smartfona.

Pięć nut: Miękki szelest rozkładanego kartonika. Suchy trzask kliknięcia. Westchnienie nostalgii za czymś, co minęło. Elektroniczny „ping” nowego powiadomienia. Cisza pustej, fizycznej skrzynki na listy.

Jedno zdanie: W erze, w której wszystko jest natychmiastowe i policzalne, zatraciliśmy sztukę antycypacji, a zaproszenie do wspólnego przeżycia zamieniliśmy na wezwanie do zsynchronizowania kalendarzy.