Finansowy 'Life-Coach': Czy Osobisty Trener Portfela Zrobi z Ciebie Milionera, Czy Tylko Zestresowanego Posiadacza Tabelki w Excelu?

Finansowy 'Life-Coach': Czy Osobisty Trener Portfela Zrobi z Ciebie Milionera, Czy Tylko Zestresowanego Posiadacza Tabelki w Excelu?

Zanim zdążyliśmy ochłonąć po rewolucji, jaką w naszych życiorysach wywołał trener personalny, a w naszych duszach terapeuta, na horyzoncie pojawił się nowy mesjasz dobrobytu: finansowy life-coach. Postać niemal mityczna, która za skromną opłatą obiecuje przemienić nasz skromny budżet w prężnie działające imperium finansowe. Obiecuje porządek w chaosie, strategię w spontaniczności i procent składany tam, gdzie do tej pory rosły co najwyżej odsetki od debetu. Pytanie brzmi: czy to faktycznie spersonalizowana mapa do skarbca El Dorado, czy może raczej nowa, wyjątkowo droga wersja aplikacji z listą wydatków?

Zgodnie z najnowszym raportem Instytutu Badań nad Dobrostanem Monetarnym (IBnDM), rynek usług „trenerów portfela” rośnie w tempie 30% kwartalnie, co czyni go bardziej dynamicznym niż rynek rzemieślniczych karm dla wegańskich psów. Skąd ten boom? Odpowiedź jest prosta: marketing szeptany w rytmie mantry o „wolności finansowej” i „odblokowaniu swojego potencjału”.

Typowa sesja z finansowym guru zaczyna się od głębokiego spojrzenia w oczy (przez kamerkę internetową, rzecz jasna) i pytania o twoje „finansowe blokady” oraz „relację z pieniądzem”. Po godzinnej psychoanalizie portfela, w której dowiadujesz się, że twoja niechęć do inwestowania w fundusze hedgingowe wynika z traumy po zgubieniu pięciu złotych w podstawówce, otrzymujesz Święty Graal: spersonalizowany plan działania.

Jak wykazała nasza dogłębna analiza dwudziestu takich „unikalnych strategii”, osiemnaście z nich można streścić w trzech punktach:

  1. Wydawaj mniej, niż zarabiasz.
  2. Zapisuj swoje wydatki.
  3. Przestań kupować głupoty.

Rewolucyjne, prawda? Oczywiście, wszystko to jest ubrane w korporacyjny żargon i przedstawione na wykresach kołowych w estetyce godnej startupu z Doliny Krzemowej. Za jedyne 499 zł netto za godzinę konsultacji, twój „problem z latte” zostanie przemianowany na „niezoptymalizowany przepływ kapitału w sektorze gastronomiczno-kofeinowym”. Brzmi o wiele poważniej.

Problem w tym, że płacenie komuś równowartości tygodniowych zakupów za poradę, by… oszczędzać na zakupach, zakrawa na finansowy oksymoron. To jak zatrudnienie dietetyka, który na pierwszej wizycie zjada twoje drugie śniadanie, tłumacząc to „redukcją pokus w twoim otoczeniu”.

Nie zrozumcie mnie źle – edukacja finansowa jest kluczowa. Jednakże, zanim zdecydujecie się na powierzenie losów swojego portfela charyzmatycznemu mówcy z idealnie dobranym filtrem na Instagramie, warto zadać sobie jedno pytanie. Czy jego głównym źródłem „dochodu pasywnego” nie jest przypadkiem sprzedawanie kursów o tworzeniu dochodu pasywnego?

Zamiast inwestować w kosztowne sesje, być może lepiej zacząć od klasyki: kilku sprawdzonych książek o finansach osobistych, darmowej aplikacji do budżetowania i – co najważniejsze – brutalnie szczerej rozmowy z samym sobą przed sklepową witryną. Efekt może być ten sam, a w kieszeni zostanie nam całkiem solidna „nadwyżka budżetowa”, którą możemy przeznaczyć na… cóż, na cokolwiek, byle nie na kolejną sesję u coacha.