Kataklizm w Narożniku Ekranu: Jak Wojna o Uwagę Zamieniła Napisy Końcowe w Nekrolog Sztuki?

Kataklizm w Narożniku Ekranu: Jak Wojna o Uwagę Zamieniła Napisy Końcowe w Nekrolog Sztuki?

Światła zgasły, historia dobiegła końca. W bohaterach wciąż buzują resztki adrenaliny, w nas – katharsis. Z głośników płynie starannie skomponowany utwór, który ma być balsamem dla duszy, ostatnim pociągnięciem pędzla na filmowym płótnie. A na ekranie, niczym uroczysta procesja, zaczynają sunąć one – napisy końcowe. Białe litery na czarnym tle. Litania nazwisk, cichy hołd dla setek rzemieślników, którzy oddali cząstkę siebie, byśmy my mogli na dwie godziny zapomnieć o świecie. To był święty rytuał. Był.

Dziś, w tej samej sekundzie, gdy wybrzmiewa ostatni akord, w prawym dolnym rogu ekranu dokonuje się zbrodnia. Święta procesja zostaje brutalnie skompresowana do rozmiaru znaczka pocztowego i zepchnięta na margines. Obok niej, z agresją akwizytora, pojawia się kolorowe, pulsujące okno zwiastuna serialu o gotujących na czas influencerach. Algorytm nie czeka. Algorytm nie zna litości. Algorytm musi wiedzieć, czy chcesz obejrzeć następny odcinek, zanim zdążysz pomyśleć, co właściwie obejrzałeś przed chwilą. Czy to tylko drobna niedogodność, czy może ostatnie tchnienie umierającej kultury?

Należy to powiedzieć wprost: miniaturyzacja napisów końcowych nie jest technologicznym udogodnieniem. Jest aktem kulturowego wandalizmu, manifestem epoki, w której dzieło sztuki przestało być celem samym w sobie, a stało się jedynie przystankiem na autostradzie niekończącego się strumienia treści. To upokorzenie dla twórców i policzek dla widza, któremu odmawia się prawa do najważniejszego – do refleksji. Do przeżycia. Do pozostania z filmem sam na sam choćby przez pięć minut, które dawniej należały wyłącznie do niego i do ścieżki dźwiękowej.

Według najnowszych, wstrząsających badań Międzywydziałowego Instytutu Erozji Percepcji (MIEP), „okres kontemplacji post-seansowej” skrócił się w erze streamingu o średnio 92%. Jak twierdzi w swoim raporcie dr hab. Hieronim Pustka, „platformy streamingowe, minimalizując napisy końcowe, wywołały u widza syndrom ‘horror vacui emotionalis’ – panicznego lęku przed pustką emocjonalną, którą natychmiast należy wypełnić kolejnym bodźcem. To hodowla cyfrowych zombie, a nie świadomych odbiorców kultury”.

Kiedyś lista płac była dowodem. Dowodem na to, że za magią kina stoją prawdziwi ludzie: oświetleniowcy, dźwiękowcy, scenografowie, setki grafików od efektów specjalnych, których praca jest równie istotna co rola pierwszoplanowego aktora. Była to jedyna chwila, gdy anonimowy „best boy grip” czy „foley artist” mogli zaistnieć w świadomości widza. Dziś ich nazwiska, zepchnięte do narożnika, stają się cyfrowym szumem, nieczytelną plamą pikseli, którą jednym kliknięciem można anihilować, byle szybciej przejść do kolejnej pozycji na playliście. To symboliczne wymazanie człowieka z procesu twórczego na rzecz bezdusznej maszyny do pożerania naszego czasu.

Czy jest jeszcze nadzieja? Być może. Istnieją twórcy, którzy w kontraktach zastrzegają sobie integralność napisów końcowych. Istnieją też niszowe platformy, które traktują film z należytym szacunkiem, jako zamkniętą, nienaruszalną całość. Ale to ostatnie bastiony w wojnie, którą wydajemy się przegrywać. Wojnie o ciszę, o chwilę oddechu, o prawo do własnych myśli. Gdy następnym razem zobaczysz ten kurczący się prostokąt w rogu ekranu, zastanów się – czy to tylko napisy stają się mniejsze, czy może my sami, jako odbiorcy sztuki, również malejemy razem z nimi?