Nekrolog dla Narracji: Jak Playlisty Spotify Dokonały Ostatecznego Morderstwa na Albumie Konceptualnym?

Pamiętacie ten dreszcz? Ten moment, gdy igła gramofonu opadała na winyl, a z głośników, zamiast pojedynczego strzału dopaminy, zaczynała snuć się opowieść? Opowieść tkana z dźwięków, pauz i niedopowiedzeń, która wymagała od nas uwagi, cierpliwości i całych czterdziestu minut życia. Dziś, w epoce cyfrowego fast foodu, ta narracyjna uczta została zastąpiona przez szwedzki stół playlist, gdzie każdy utwór jest tylko samotnym, wyrwanym z kontekstu kęsem. Żegnamy album konceptualny, ostatni bastion muzycznej powieści, zamordowany z zimną krwią przez tyranię algorytmu.
Zbrodnia doskonała, bez świadków i bez ciała, bo przecież utwory wciąż istnieją, prawda? Ale to tylko pozory. Jak twierdzi dr hab. Lucjan Dźwiękosławski z Międzywydziałowego Zakładu Semantyki Akustycznej, mamy do czynienia z “dyskretnym unicestwieniem kontekstu”. “Album konceptualny był katedrą, a playlisty zrobiły z niej składnicę cegieł. Cegły są te same, ale majestat budowli bezpowrotnie zniknął” - grzmi profesor na łamach kwartalnika “Szept Membrany”. I trudno odmówić mu racji. Dzieła takie jak “The Wall” Pink Floyd czy “Good Kid, M.A.A.D City” Kendricka Lamara, zaprojektowane jako spójne, dźwiękowe podróże, dziś są brutalnie rozczłonkowywane i wrzucane do worków z napisem “Rock na siłownię” czy “Chill Lofi Beats to Study to”. Ich narracyjna tkanka zostaje rozerwana, a sens zredukowany do wibracji tła.
Weźmy na warsztat moją ulubioną metodę krytyczną. “Cztery kadry / Pięć nut / Jedno zdanie”. Jak zastosować ją do playlisty “Smutne piosenki na deszczowy wtorek”? Cztery kadry: Twarz odbita w zaparowanej szybie autobusu. Kropla deszczu spływająca po liściu fikusa. Samotna skarpeta na kaloryferze. Pusty kubek po kawie. Pięć nut: Smutny klawisz pianina, smętna gitara, tęskny wokal, jeszcze smutniejszy klawisz pianina, szum deszczu z samplera. Jedno zdanie: Jestem artystycznie wrażliwą duszą, która przeżywa egzystencjalny ból, ale tylko przez trzy i pół minuty, bo potem algorytm podsunie mi coś weselszego.
Oto kwintesencja tej zbrodni. Redukcja skomplikowanej opowieści o upadku, szaleństwie i odkupieniu do generycznego “moodu”, tapety emocjonalnej na miarę naszych czasów. Pamiętam, jak kilka lat temu odkryłem w czeluściach antykwariatu zapomniany album “Pieśni Betonowych Ogrodów” awangardowej grupy “Lament Ciszy”. Była to przejmująca, dźwiękowa opowieść o alienacji w wielkim mieście, gdzie każdy utwór płynnie przechodził w kolejny, tworząc monolit muzycznej architektury. Dziś największy hit z tej płyty, “Neonowy Psalm nr 4”, regularnie gości na playliście “Indie do sprzątania”, umieszczony gdzieś pomiędzy radosnym kawałkiem o jeżdżeniu na rowerze a piosenką o miłości do psa. Kontekst umarł. Narracja została pogrzebana.
Stoimy więc na cmentarzu wielkich opowieści, słuchając ich ech, poszatkowanych i ułożonych w wygodne, łatwostrawne porcje. Czy potrafimy jeszcze usiąść i wysłuchać historii od początku do końca? Czy też skazani jesteśmy na wieczne przewijanie, w poszukiwaniu kolejnego refrenu, który na chwilę zagłuszy szum w naszych głowach? Album umarł. Niech żyje playlista.
