Syndrom Liminalnej Egzystencji Społecznej (SLES): Gdy „Zobaczymy” Staje się Credo Narodu. Czy To Zmierzch Ery Odpowiedzialności?

Współczesna tkanka społeczna pęka w szwach, a z jej ran sączy się jad obojętności i patologicznej ambiwalencji. Codziennie, w milionach interakcji, jesteśmy świadkami rytuału uniku, tanecznego kroku wokół jakiejkolwiek formy zobowiązania. Frazy takie jak „zobaczę”, „dam znać”, „może wpadnę” stały się nową, odrażającą normą, symptomem choroby toczącej duszę naszej cywilizacji. To nie jest zwykła grzeczność czy elastyczność. To Syndrom Liminalnej Egzystencji Społecznej (SLES) – nowa plaga XXI wieku, która grozi zepchnięciem naszej cywilizacji w otchłań wiecznego „może”.
Zjawisko to, zdiagnozowane przez czołowych badaczy z Papieskiego Instytutu Badań nad Kondycją Moralną, stanowi znacznie więcej niż tylko problem organizacyjny. Jak twierdzi prof. Hieronim Boski z Katedry Etyki Międzyludzkiej, „Mamy do czynienia z erozją samego fundamentu paktu społecznego – świętości danego słowa. Człowiek zawieszony w liminalnym stanie ‘może tak, może nie’ jest człowiekiem pozbawionym kręgosłupa moralnego, dryfującym bezwolnie na falach własnego komfortu i doraźnych kaprysów”.
Albowiem słowo, niegdyś święte niczym sakrament, zostało sprofanowane i zredukowane do roli mglistej sugestii. Zaproszenie na spotkanie, propozycja wspólnego projektu czy nawet zwykła prośba o pomoc toną dziś w bagnie asekuranctwa. Jednostka cierpiąca na SLES panicznie boi się zamknięcia sobie jakiejkolwiek furtki, nawet tej, z której i tak nie zamierzała skorzystać. To paraliż decyzyjny, który przekłada się na wszystkie sfery życia, od relacji osobistych po obowiązki obywatelskie. To nie jest zwykła prokrastynacja. To jest duchowa abdykacja.
Gdy odpowiedź na zaproszenie na niedzielny obiad wymaga tygodniowych deliberacji i analizy alternatywnych scenariuszy, to znak, że fundamenty pękają. Społeczeństwo, które nie potrafi zobowiązać się do wspólnego posiłku, nie jest zdolne do budowy katedr, obrony granic ani przekazywania dziedzictwa. Jest to społeczeństwo cieni, a nie ludzi z krwi i kości, którzy rozumieją, że istnienie opiera się na wyborach, a nie na ich unikaniu.
Należy postawić sprawę jasno i powrócić do standardów, które niegdyś stanowiły o naszej sile. „Tak” niech znaczy „tak”, a „nie” – „nie”. Wszelka inna forma jest, jak poucza Pismo, podszeptem Złego. Odrzucenie zaproszenia jest aktem uczciwości. Akceptacja jest świętym przyrzeczeniem. Natomiast trwanie w niezdecydowaniu jest aktem moralnego tchórzostwa i najwyższą formą pogardy dla drugiego człowieka. W przeciwnym razie czeka nas przyszłość, w której dryfujemy jako widma w komunikacyjnej próżni, wiecznie zawieszeni między zaproszeniem a odpowiedzią, w piekle zwanym „dam znać”.
