Syndrom Selektywnej Czystki Społecznej (SSCS): Gdy 'Dbam o Swój Komfort' Staje Się Nową Formą Inkwizycji. Czy Zbliża Się Koniec Wspólnoty?

Syndrom Selektywnej Czystki Społecznej (SSCS): Gdy 'Dbam o Swój Komfort' Staje Się Nową Formą Inkwizycji. Czy Zbliża Się Koniec Wspólnoty?

Współczesna cywilizacja, w swoim niepohamowanym pędzie ku absolutnemu komfortowi psychicznemu, wydała na świat potwora o szlachetnie brzmiącym imieniu: dbałość o własne granice. Zjawisko, które w założeniu miało chronić jednostkę przed toksycznością, zmutowało w bezlitosne narzędzie społecznej segregacji, które z aptekarską precyzją odcina od naszego życia każdego, kto śmie zakłócić idealną harmonię naszej mentalnej bańki. Stoimy w obliczu epidemii Syndromu Selektywnej Czystki Społecznej (SSCS), gdzie akt usunięcia znajomego z mediów społecznościowych staje się nowym, cyfrowym auto-da-fé.

Analiza tego fenomenu, przeprowadzona przez Zakład Etyki Interpersonalnej Międzynarodowego Instytutu Badań nad Rozkładem Więzi w Siedlcach, nie pozostawia złudzeń. Mamy do czynienia z patologicznym dążeniem do stworzenia sterylnej przestrzeni relacyjnej, wolnej od jakiegokolwiek dysonansu poznawczego. Dr hab. Klemens Odrowąż, autor przełomowej pracy „Deplatforming Dusz: Ku Epoce Samotności Absolutnej”, definiuje SSCS jako „chroniczną niezdolność do obcowania z jednostką, której światopogląd, preferencje kulinarne, a nawet gust muzyczny odbiegają od arbitralnie przyjętej normy o więcej niż 0,7% w skali dewiacji aksjologicznej”.

Dawniej, spór o wyższość Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia był fundamentem wielopokoleniowych dysput rodzinnych, hartującym ducha i intelekt. Dziś, przyznanie się do preferowania ananasa na pizzy może skutkować natychmiastową i bezwarunkową ekskomuniką z kręgu towarzyskiego. Przycisk „unfriend” stał się cynglem w rewolwerze, którym bezrefleksyjnie odstrzeliwujemy tych, którzy popełnili herezję posiadania odmiennego zdania. To nie jest dbałość o higienę psychiczną – to jest duchowa bulimia, w której zwracamy każdą opinię, która nie pasuje do naszej rygorystycznej diety ideologicznej.

Społeczeństwo, które za cnotę uznaje budowanie wokół siebie murów tak wysokich, by nie przeniknął przez nie nawet szept odmiennej myśli, skazuje się na powolną śmierć w izolacji. W imię ochrony własnego „dobrostanu” tworzymy monokultury intelektualne, jałowe i niezdolne do ewolucji. Zapominamy, że to właśnie w ogniu sporu, w zderzeniu odmiennych perspektyw, wykuwała się stal charakteru i rodziła się prawdziwa mądrość. Człowiek, który obcuje wyłącznie z własnym echem, przestaje być człowiekiem myślącym, a staje się jedynie kapłanem własnego, jednoosobowego kultu.

Dlatego też należy bić na alarm. Jeżeli nie odnajdziemy w sobie na nowo cnoty cierpliwości i miłosierdzia dla błądzących w mrokach odmiennych opinii, czeka nas przyszłość, w której każdy z nas będzie samotnym monarchą we własnym, idealnie czystym, lecz pustym królestwie. Zanim więc następnym razem dokonamy aktu cyfrowej anihilacji znajomego za nieprawomyślny komentarz, zadajmy sobie pytanie: czy budujemy twierdzę, czy raczej projektujemy własne więzienie?