Widmo w Głośnikach: Czy Ostatni Ukryty Utwór Został Już Odnaleziony i Usunięty przez Algorytm?

Widmo w Głośnikach: Czy Ostatni Ukryty Utwór Został Już Odnaleziony i Usunięty przez Algorytm?

Pamiętacie ten moment? Ostatni utwór na płycie dobiega końca, wybrzmiewa finałowy akord, a na wyświetlaczu odtwarzacza CD pojawia się triumfalna cyfra oznaczająca całkowity czas trwania albumu. Lecz zamiast zatrzymać krążek, pozwalamy mu wirować dalej. I wtedy, po minucie, dwóch, a czasem i dziesięciu minutach grobowej ciszy, z głośników wypływa on – duch, szept, nieproszony gość na uczcie dźwięków. Ukryty utwór. Ten mały akt artystycznego terroryzmu, ostatni bastion tajemnicy w epoce pre-algorytmicznej, właśnie kona na naszych oczach. A my, zamiast zgotować mu pogrzeb z honorami, pozwalamy, by jego widmo zostało bezceremonialnie zeskrobane z cyfrowych archiwów przez bezduszne skrypty.

Instytut Fonografii Eksperymentalnej i Ciszy (IFEC) w swoim najnowszym, opublikowanym na serwetce raporcie „Echo Pustki”, alarmuje, że zjawisko „ścieżki-widmo” zanikło w 99,8% w ciągu ostatniej dekady. To, co kiedyś było intymnym mrugnięciem oka artysty do najbardziej wytrwałego słuchacza, dziś jest traktowane jak błąd w metadanych, cyfrowy szum do natychmiastowej eliminacji. Serwisy streamingowe, te lśniące katedry muzycznej konsumpcji, stały się jednocześnie prosektorium, gdzie każda sekunda ciszy jest precyzyjnie wycinana, a każdy nieopisany dźwięk klasyfikowany jako anomalia.

Ukryty utwór nie był bowiem zwykłym bonusem. Był nagrodą. Wymagał od odbiorcy cnoty dziś niemal zapomnianej: cierpliwości. Trzeba było świadomie zanurzyć się w ciszy, w tej niezręcznej pustce po oficjalnym finale dzieła, by zasłużyć na sekret. To było doświadczenie graniczne, rytuał przejścia oddzielający zwykłego konsumenta od prawdziwego słuchacza. Dziś, w erze playlist kuratorowanych przez algorytmy przewidujące nasze pragnienia, zanim te zdążą się w nas narodzić, taka cierpliwość jest nie tyle cnotą, co marnotrawstwem czasu. Pustka nie jest już płótnem dla wyobraźni, lecz błędem buforowania.

Można by rzec, że to logiczna konsekwencja postępu. Że w świecie, gdzie każda informacja jest na wyciągnięcie kciuka, nie ma miejsca na tajemnice. Ale co tracimy wraz ze śmiercią ukrytego utworu? Tracimy element zabawy, dreszcz odkrycia, poczucie współuczestnictwa w akcie twórczym. Tracimy dowód na to, że sztuka może istnieć poza sztywnymi ramami spisu treści i cennika. Artysta, chowając utwór w otchłani ciszy, mówił nam: „Szukajcie, a znajdziecie. To jest dla was, dla tych, którzy zostali do końca”.

Dziś nikt nie zostaje. Przycisk „następny utwór” jest naszym nerwowym tikiem, odruchem Pawłowa w odpowiedzi na najmniejszy symptom nudy. Algorytm nie nagradza za cierpliwość. On ją karze, podsuwając kolejny, idealnie dopasowany bodziec. Ukryty utwór w tym systemie nie ma prawa bytu. Jest jak duch w idealnie wysprzątanym domu – intruz, którego trzeba się pozbyć za pomocą cyfrowych egzorcyzmów.

Pozwólcie, że podsumuję to zjawisko w formule, która oddaje jego efemeryczną naturę.

Cztery kadry: Odtwarzacz CD pokazujący ostatnią ścieżkę. Palec zawieszony nad przyciskiem „stop”. Kilometry ciszy na liczniku. Nagły, pierwszy dźwięk z otchłani. Pięć nut: Pauza. Szum. Szept. Akord. Objawienie. Jedno zdanie: Sztuka, która zaczyna się wtedy, gdy myślisz, że wszystko już się skończyło, jest jedyną, która naprawdę się liczy.