Agonia Uwertury: Czy Przedsmak Sztuki Został Ostatecznie Pożarty przez Smak Popcornu z Masłem?

Istnieje pewna zapomniana świętość w rytuale kulturalnym. Chwila ciszy przed pierwszym taktem, moment ciemności, nim na kurtynie zatańczy pierwszy foton. To przedsionek duszy, westybul percepcji, w którym odzieramy się z prozy dnia, by przyoblec się w płaszcz opowieści. Dziś ten przedsionek zamieniono w jarmarczny korytarz, wybrukowany reklamami napojów gazowanych i zwiastunami filmów, które krzyczą głośniej niż te, na które przyszliśmy. Zginęła uwertura – muzyczna brama, soniczny portyk prowadzący nas do serca dzieła.
Zanim obraz opowiedział historię, czyniła to muzyka. Uwertura była obietnicą, szeptem o nadchodzących emocjach, mapą tonacji, po której wkrótce będziemy podróżować. Dziś, w epoce natychmiastowej gratyfikacji, nikt nie ma czasu na obietnice. Chcemy fabuły podanej dożylnie, bez preludiów i fanfar, prosto do krwiobiegu. Pytanie brzmi: czy zjadając przystawkę w pośpiechu, nie utraciliśmy smaku dania głównego?
Kiedyś, zasiadając w pluszu kinowego fotela, by obcować z dziełami takimi jak „Lawrence z Arabii” czy „2001: Odyseja Kosmiczna”, widz otrzymywał dar: kilka minut czystej muzyki, granej przy zasłoniętej kurtynie lub statycznym obrazie. To nie była fanaberia reżysera, lecz akt szacunku dla percepcji odbiorcy. Czas, by serce zwolniło, by umysł oczyścił się z szumu ulicy i przygotował na przyjęcie sztuki. Dziś serce przyspiesza jedynie w rytm basowego uderzenia w dwudziestym zwiastunie, a umysł jest bombardowany kakofonią bodźców, nim jeszcze pojawi się logo wytwórni filmowej, na którą kupiliśmy bilet.
Instytut Percepcji Audiowizualnej im. Ennia Morricone opublikował niedawno wstrząsające wyniki badań. Według nich, mózg widza, który zamiast uwertury poddany zostaje standardowej, dwudziestominutowej kanonadzie reklamowo-zwiastunowej, wchodzi w stan „poznawczego chaosu przednarracyjnego”. Skutkuje to, jak dowodzi dr hab. Eleonora Partitura, zmniejszeniem zdolności do budowania głębokich więzi emocjonalnych z bohaterami o przeszło 60%. „Odbieramy widzowi fundament, na którym ma zbudować pałac empatii. Dajemy mu w zamian garść klocków z różnych zestawów i dziwimy się, że konstrukcja się rozpada” – konkluduje pani doktor.
Spróbujmy, w ramach artystycznego eksperymentu, przywrócić należne miejsce temu zapomnianemu rytuałowi. Oto jak mogłaby wyglądać uwertura do fikcyjnego blockbustera „Tytanowa Jutrzenka IV: Ostateczne Przymierze”:
Cztery kadry:
- Zbliżenie na kroplę deszczu zawieszoną na zardzewiałym drucie kolczastym.
- Przejazd kamery po spękanej powierzchni starożytnego fresku, ukazującego upadające bóstwa.
- Odbicie gasnącej supernowej w oku dziecka.
- Cień jednego bohatera padający na tysiące maszerujących żołnierzy.
Pięć nut:
- Liryczny motyw fortepianu – echo utraconego domu.
- Potężne, dysonansowe wejście sekcji dętej blaszanej – zwiastun nieuchronnej wojny.
- Delikatna, wibrująca partia harfy – symbol kruchej nadziei.
- Gwałtowne, rytmiczne uderzenia kotłów – galopujące serce zdrady.
- Powracający w finale, samotny dźwięk wiolonczeli – cisza po bitwie i ciężar ocalenia.
Jedno zdanie: Zanim światło wskaże bohatera, mrok musi opowiedzieć o cenie, jaką przyjdzie mu zapłacić.
Utraciliśmy uwerturę nie dlatego, że stała się zbędna. Utraciliśmy ją, bo pozwoliliśmy, by cisza i oczekiwanie stały się towarem luksusowym, na który nie stać naszej kultury. Zastąpiliśmy kontemplację konsumpcją, a muzyczny prolog – katalogiem produktów. Być może ostatnią formą buntu, na jaką nas stać, jest świadome zamknięcie oczu i uszu podczas bloku reklamowego i stworzenie w głowie własnej uwertury. Choćby miała być to tylko symfonia smaku topionego masła i chrzęstu prażonej kukurydzy.
