Epitafium dla Spojrzenia: Jak Selfie z Arcydziełem Ostatecznie Oślepiło Widza?

Epitafium dla Spojrzenia: Jak Selfie z Arcydziełem Ostatecznie Oślepiło Widza?

Był czas, gdy muzeum stanowiło świątynię ciszy, azyl dla oka zmęczonego banałem codzienności, a spojrzenie rzucone na płótno mistrza było aktem niemal mistycznej komunii. Wchodziliśmy tam, by patrzeć, by chłonąć, by pozwolić, aby kolor i forma przeniknęły nas do szpiku kości, zmieniając coś w naszej duszy na zawsze. Dziś te same korytarze tętnią bezgłośnym krzykiem migawek i desperackim poszukiwaniem idealnego kąta, a święty akt kontemplacji został zastąpiony przez nerwową choreografię kciuka na ekranie.

Staliśmy się pielgrzymami nie sztuki, lecz własnego wizerunku na jej tle. Arcydzieło, niegdyś cel sam w sobie, zdegradowane zostało do roli egzotycznego tła, luksusowego rekwizytu w niekończącym się spektaklu pod tytułem „Ja”. Obserwuję te tłumy, odwrócone plecami do Rembrandta, mrużące oczy nie po to, by dostrzec subtelność światłocienia, lecz by sprawdzić, czy dziubek na selfie jest wystarczająco symetryczny. To nekrolog dla percepcji, elegia na śmierć uważności.

Instytut Percepcji Wizualnej i Nasycenia Cyfrowego w Zurychu opublikował niedawno druzgocące dane. Z ich badań, przeprowadzonych w dwunastu wiodących galeriach Europy, wynika, że przeciętny zwiedzający spędza średnio 1,2 sekundy, patrząc na dzieło sztuki własnymi oczami. Następnie poświęca 34 sekundy na wykonanie idealnego zdjęcia – sobie, dziełu, lub, co najświętsze w tej nowej religii, sobie z dziełem. Sama kompozycja kadru, dobór filtra i ostateczna publikacja w mediach społecznościowych zajmują kolejne trzy minuty. To nie jest już obcowanie ze sztuką. To jest praca na etacie własnego cyfrowego brandu.

Próba zrozumienia „Bitwy pod Grunwaldem” przez zrobienie jej zdjęcia jest jak próba zakochania się poprzez analizę profilu na portalu randkowym – widzimy fasadę, ale gubimy całą istotę, całe tętniące życiem wnętrze. To kulturowy analfabetyzm, w którym obraz staje się jedynie znacznikiem geolokalizacyjnym, dowodem bytności, a nie źródłem przeżycia.

Pozwólcie, że zilustruję tę tragedię moim autorskim formatem. Weźmy na warsztat „Krzyk” Muncha w optyce współczesnego turysty:

Cztery kadry:

  1. Kadr z góry, by wyszczuplić podbródek, z postacią Muncha w tle, jakby krzyczała z podziwu dla mojego profilu.
  2. Kadr na moje oczy, szeroko otwarte, naśladujące przerażenie postaci – podpis: „Ten sam nastrój, kiedy w poniedziałek dzwoni budzik”.
  3. Kadr artystyczny: moja dłoń sięgająca w stronę płótna, symbolizująca „połączenie dusz” z artystą.
  4. Ostateczny kadr: ja, z uśmiechem, plecami do obrazu, który jest teraz tylko rozmytą, pomarańczową plamą. Dowód zaliczony.

Pięć nut:

  1. Klik migawki aparatu.
  2. Szum krwi w uszach podczas walki o najlepsze miejsce pod obrazem.
  3. Głos wewnętrznego krytyka: „Czy to zdjęcie zdobędzie wystarczająco dużo polubień?”.
  4. Dźwięk powiadomienia o pierwszym serduszku pod postem.
  5. Głucha cisza niezrozumienia, która pozostaje po odejściu od obrazu.

Jedno zdanie: Ostatecznie największym dziełem sztuki w galerii staje się nasza cyfrowa obecność, a płótna wielkich mistrzów to już tylko tapeta dla próżności.

Być może następnym krokiem będzie usunięcie oryginałów i zastąpienie ich ekranami o ultrawysokiej rozdzielczości, które nie odbijają światła fleszy i oferują wbudowane filtry upiększające. Może to i lepiej. Przynajmniej wtedy przestaniemy udawać, że przyszliśmy tu dla sztuki.