Syndrom Emocjonalnej Ekskrementacji (SEE): Gdy Twoja Trauma Staje Się Publicznym Spektaklem. Czy To Zmierzch Dyskrecji?

Współczesna cywilizacja, w swym nieustannym pędzie ku absolutnej transparentności, doprowadziła do zjawiska, które w swej istocie stanowi profanację ludzkiej duszy. Mowa o Syndromie Emocjonalnej Ekskrementacji (SEE), zdiagnozowanym niedawno przez badaczy z Międzywydziałowego Ośrodka Badań nad Erozją Dyskrecji (MOBED). Zjawisko to polega na niekontrolowanym, publicznym wylewaniu najbardziej intymnych traum i dramatów życiowych na przypadkowych słuchaczy – kasjerkę w supermarkecie, kolegę z biurka obok, czy niczego nieświadomego pasażera w przedziale kolejowym. Niegdyś sfera sacrum, zastrzeżona dla konfesjonału lub najbliższych sercu, dziś staje się towarem rzucanym na stragany codziennych interakcji niczym zepsute warzywo. Czy jesteśmy świadkami ostatecznego upadku bariery, która oddzielała człowieka od bestii – bariery wstydu i godności osobistej?
Doktor habilitowany Klemens Wstrzemięźliwicki, czołowy etyk z MOBED, w swojej przełomowej monografii „Granice Intymności a Defekacja Emocjonalna” stwierdza jednoznacznie: „Mamy do czynienia z karnawalizacją cierpienia. Jednostka, pozbawiona moralnego kompasu i duchowego zaplecza, myli ekshibicjonizm z autentycznością, a publiczne obnażanie ran z procesem leczenia”. Trudno się z tą diagnozą nie zgodzić. Współczesny człowiek, odarty z cnoty stoicyzmu, która kazała naszym przodkom znosić przeciwności z podniesionym czołem, poszukuje atencji w sposób najbardziej prymitywny – poprzez epatowanie własnym nieszczęściem.
Zjawisko SEE jest niczym innym jak patologicznym odwróceniem porządku naturalnego. To, co powinno być szeptane w zaciszu konfesjonału, w akcie skruchy i pokory przed Stwórcą, staje się krzykiem na agorze. To, co niegdyś powierzano w zaufaniu mężowi, żonie czy duchowemu przewodnikowi, dziś jest beztrosko rozrzucane w mediach społecznościowych i podczas small talku przy ekspresie do kawy. Konsekwencje są katastrofalne. Następuje dewaluacja prawdziwego dramatu i inflacja współczucia. Gdy każdy jest ofiarą, nikt nie jest nią naprawdę. Społeczeństwo, bombardowane nieustannym potokiem cudzych traum, popada w stan permanentnej znieczulicy. Empatia, ten najszlachetniejszy z ludzkich odruchów, umiera z wyczerpania.
Co więcej, Syndrom Emocjonalnej Ekskrementacji stanowi akt bezprecedensowej agresji. Zmusza bowiem biernego słuchacza do wejścia w rolę powiernika i terapeuty, bez jego zgody i przygotowania. Jest to forma pasożytnictwa emocjonalnego, wysysania energii z otoczenia w celu chwilowego ukojenia własnego, rozdętego ego. To nie jest wołanie o pomoc; to jest arogancki manifest pt. „mój ból jest ważniejszy niż twój spokój”.
Stajemy zatem przed fundamentalnym pytaniem: czy cywilizacja, która straciła zdolność do milczenia, do przeżywania cierpienia w godności i powierzania go jedynie tym, którzy na to zasłużyli, ma jeszcze prawo nazywać się cywilizacją? Czy czeka nas przyszłość, w której jedyną formą więzi międzyludzkiej będzie wspólne taplanie się w błocie cudzych i własnych neuroz? Odpowiedź, niestety, wydaje się boleśnie oczywista.
