Syndrom Panicznej Flagi (SPF): Gdy Czerwona Flaga Staje Się Całym Sztandarem. Czy Cywilizacja Skazuje Się na Wieczną Samotność?

Syndrom Panicznej Flagi (SPF): Gdy Czerwona Flaga Staje Się Całym Sztandarem. Czy Cywilizacja Skazuje Się na Wieczną Samotność?

W dobie, gdy fundamenty naszej cywilizacji drżą w posadach, a ludzkość z uporem godnym lepszej sprawy dąży ku samozagładzie, objawia się nam nowe, przerażające schorzenie duszy zbiorowej: Syndrom Panicznej Flagi (SPF). To patologiczna skłonność do natychmiastowego dyskwalifikowania potencjalnego partnera na podstawie arbitralnie zidentyfikowanej “czerwonej flagi”. O zgrozo, nie mówimy tu o dewiacjach moralnych czy skłonnościach kryminalnych. Mówimy o zbrodniach formatu: “użył niewłaściwej emotikony”, “słucha disco polo” lub, nie daj Boże, “posłodził herbatę dwiema łyżeczkami cukru”.

Społeczeństwo, które niegdyś budowało katedry i zgłębiało tajemnice boskiego stworzenia, dziś zajmuje się infantylnym katalogowaniem drobnych wad bliźniego, tworząc z nich sztandary zwiastujące rzekomą apokalipsę związku. Czy to już ostateczny triumf narcyzmu nad cnotą wyrozumiałości? Czy akt łaski i cierpliwości stał się reliktem epoki, której już nikt nie rozumie?

Dogłębnej analizy tego fenomenu dokonał prof. dr hab. Hieronim Boski z Instytutu Etyki Relacyjnej im. Św. Tomasza z Akwinu w Pcimiu Dolnym. W swojej najnowszej monografii pt. “Czerwień i Pustka: Semiotyka Upadku Relacyjnego” stwierdza on jednoznacznie: “Syndrom Panicznej Flagi jest duchowym odpowiednikiem autoimmunologicznej choroby. Organizm społeczny, w akcie samonienawiści, zaczyna atakować własne, zdrowe komórki – czyli potencjalnie wartościowe relacje – myląc je z patogenem. Jednostka, zamiast poszukiwać w drugim człowieku obrazu Boga, szuka pretekstu do jego odrzucenia. To droga donikąd, a jej końcem jest samotność w sterylnym, pozbawionym jakichkolwiek ‘flag’ kokonie własnego ego”.

Symptomy SPF są alarmujące i wszechobecne. Wystarczy spędzić kilka chwil na dowolnym forum internetowym, by zobaczyć skalę tej zarazy. Młoda kobieta zrywa obiecującą znajomość, ponieważ mężczyzna miał na sobie skarpetki do sandałów – czyn, który w zdrowym społeczeństwie mógłby co najwyżej wywołać uśmiech pobłażania, dziś urasta do rangi zdrady stanu. Mężczyzna kończy relację, gdyż jego wybranka nie znała twórczości jednego z niszowych reżyserów filmowych z Urugwaju. Gdzie podziała się chęć poznania drugiego człowieka, z całym jego inwentarzem niedoskonałości, które wszak stanowią o jego unikalności? Gdzie cierpliwość, by szlifować diament, a nie odrzucać go, bo nie lśni od razu blaskiem brylantu z wystawy jubilerskiej?

Ta obsesyjna pogoń za ideałem, za partnerem pozbawionym jakichkolwiek cech, które mogłyby zakłócić nasz święty spokój, jest niczym innym jak profanacją samej idei miłości. Miłość bowiem nie jest konsumpcją gotowego produktu, lecz trudem budowania, aktem woli i poświęcenia. Obecna kultura, napędzana przez algorytmy aplikacji randkowych, które pozwalają “przesuwać w lewo” ludzkie istnienia z prędkością karabinu maszynowego, promuje postawę roszczeniowego klienta, a nie pokornego pielgrzyma szukającego bratniej duszy.

Stoimy w obliczu katastrofy. Jeżeli nie nastąpi moralne i duchowe otrzeźwienie, jeżeli nie przypomnimy sobie, że człowiek jest istotą z natury ułomną i że właśnie w akceptacji tej ułomności tkwi boski pierwiastek miłosierdzia, czeka nas przyszłość samotnych, zgorzkniałych jednostek. Będziemy kolekcjonować czerwone flagi, budując z nich mury wokół naszych serc, aż w końcu, w tej idealnej, pozbawionej ryzyka twierdzy, umrzemy z samotności, ściskając w dłoni nieskazitelnie biały sztandar kapitulacji.