Szept w Ciemnościach: Jak Symfonia Wybuchów Ostatecznie Ogłuszyła Duszę Kina?

Szept w Ciemnościach: Jak Symfonia Wybuchów Ostatecznie Ogłuszyła Duszę Kina?

Pamiętacie jeszcze ten dźwięk? Nie huk eksplozji rozdzierający czasoprzestrzeń, nie syntetyczny lament orkiestry smyczkowej zaprogramowanej na wyciskanie łez. Mam na myśli szept. Dźwięk kropli deszczu uderzającej o parapet, szelest jedwabnej sukni na marmurowej posadzce, skrzypnięcie deski pod stopą bohatera w opuszczonym domu. To była muzyka duszy kina, symfonia ciszy, która dziś umarła, zagłuszona przez kakofonię blockbusterów. Czy w epoce sonicznego bombardowania ktokolwiek jest jeszcze w stanie usłyszeć, jak umiera sztuka?

Najnowszy raport Międzynarodowego Instytutu Akustyki Percepcyjnej w Genewie, zatytułowany “Agonia Szeptu”, nie pozostawia złudzeń. Analiza ponad tysiąca filmów z ostatniej dekady wykazała, że spektrum częstotliwości odpowiedzialne za subtelne dźwięki tła – te, które budują atmosferę i napięcie na poziomie podświadomości – zostało zredukowane o zatrważające 73%. W to miejsce wstrzyknięto nam dożylnie basowy łomot i ścianę dźwięku, która nie tyle opowiada historię, co raczej bije widza po twarzy, krzycząc: “CZUJ COŚ, DO CHOLERY!”.

Wspominam Czesława Szelesta, legendarnego, a dziś kompletnie zapomnianego artystę foley, który potrafił za pomocą dwóch połówek kokosa i garści żwiru wykreować całą gamę emocji – od strachu po melancholię. Jego praca była niewidzialnym aktorem, duchem w maszynie, który nadawał obrazom trzeci wymiar. Gdzie są dziś jego następcy? Zastąpili ich inżynierowie dźwięku z bibliotekami sampli o nazwach w stylu “EPIC_EXPLOSION_PACK_4K”. Sztuka umarła, a na jej grobie tańczy algorytm optymalizujący poziom decybeli pod kątem maksymalnego “zaangażowania” widowni.

Staliśmy się pokoleniem głuchym na niuanse. Pragniemy, by kino nami wstrząsało, dosłownie – fizycznie. Chcemy czuć wibracje w fotelu, a nie dreszcz na karku wywołany ledwo słyszalnym oddechem mordercy zza kadru. Oddaliśmy poezję szeptu za prozaisk krzyku. I tak, siedząc w ciemnościach kinowej sali, zalewani falą dźwiękowego tsunami, nie zdajemy sobie sprawy, że to, co bierzemy za epickie doznanie, jest w istocie requiem. Requiem dla ciszy, dla napięcia i dla tej części duszy kina, która przemawiała do nas właśnie wtedy, gdy milczała najgłośniej.