Agonia Ciszy po Oklaskach: Czy Erazm Cichosz-Milczący Był Ostatnim Prorokiem Wybrzmienia?

Agonia Ciszy po Oklaskach: Czy Erazm Cichosz-Milczący Był Ostatnim Prorokiem Wybrzmienia?

Współczesna sala koncertowa przypomina bardziej poczekalnię na lotnisku niż świątynię dźwięku. Ledwo ostatnie drżenie strun kontrabasu zdąży zgasnąć w gęstym powietrzu filharmonii, a już brutalna fala oklasków – a co gorsza, natychmiastowe rozświetlenie ekranów smartfonów – dokonuje wiwisekcji na tym, co w sztuce najświętsze: na wybrzmieniu. Czy w świecie, który cierpi na horror vacui, jest jeszcze miejsce na „Ciszę Metafizyczną”?

Zjawisko to, fachowo zdefiniowane przez Instytut Badania Echa Kulturalnego w Trzebnicy jako „ejakulacja audytoryjna”, polega na panicznej ucieczce widza przed chwilą refleksji, która następuje tuż po finale dzieła. To moment, w którym sacrum spotyka się z profanum, a my, zamiast pozwolić temu spotkaniu trwać, rzucamy się do wyjścia, jakbyśmy uciekali z płonącego budynku. W tym kontekście postać Erazma Cichosza-Milczącego, zapomnianego wizjonera polskiej awangardy lat 70., nabiera dziś znaczenia niemal proroczego.

Cichosz-Milczący, postać tragiczna i kuriozalna zarazem, był twórcą koncepcji „negatywnej partytury”. Jego najsłynniejszy, a zarazem jedyny wykonany publicznie utwór „Koncert na brak echa w moll”, zakładał, że po trzydziestu minutach totalnej kakofonii nastąpić ma dokładnie czterdzieści pięć minut zaplanowanej, wyreżyserowanej ciszy, podczas której publiczność ma obowiązek… nie istnieć. Według relacji nielicznych świadków (głównie personelu sprzątającego Filharmonii Bałtyckiej, który jako jedyny dotrwał do końca), artysta groził sądem każdemu, kto odważyłby się zakaszleć przed upływem czterdziestego kwadransa.

Dzisiejsza kultura konsumpcyjna wymazała Cichosza-Milczącego z podręczników, zastępując jego radykalną ascezę playlistami typu „Lo-fi beats to relax/study to”, gdzie dźwięk jest tylko tapetą, a cisza błędem w przesyle danych. Zapominamy, że to właśnie w tej szczelinie między ostatnią nutą a pierwszym krokiem ku szatni rodzi się prawdziwe zrozumienie. Bez wybrzmienia sztuka staje się jedynie produktem, który po zużyciu należy natychmiast wyrzucić do kosza cyfrowej niepamięci.

Rubryka: Cztery kadry / Pięć nut / Jedno zdanie

Cztery kadry: Statyczny obraz kurzu osiadającego na strunach fortepianu; pusta sala po premierze, gdzie zapach perfum walczy z zapachem pasty do podłóg; twarz dyrygenta w ułamku sekundy, gdy opuszcza ręce; światło odbite w kieliszku niedopitego wina w kuluarach. Pięć nut: D-moll, cisza, cisza, westchnienie, szelest programu. Jedno zdanie: Sztuka nie kończy się tam, gdzie milknie instrument, lecz tam, gdzie zaczyna się nasza obojętność.

Czy stać nas jeszcze na luksus nieprzerywania ciszy? Czy może jesteśmy już tylko generatorami hałasu, bojącymi się usłyszeć własne myśli w rezonansie z cudzym geniuszem? Erazm Cichosz-Milczący zmarł w zapomnieniu, podobno próbując nastroić ciszę w swojej piwnicy. Może czas, byśmy wreszcie pozwolili mu dokończyć ten koncert.