Symfonia Kaszlu i Szeleszczących Papierków: Czy Teodor Głuchy Przewidział Upadek Melomana?

Symfonia Kaszlu i Szeleszczących Papierków: Czy Teodor Głuchy Przewidział Upadek Melomana?

Współczesny przybytek wysokiej kultury, owa lśniąca filharmonia, coraz rzadziej bywa świątynią dźwięku, a coraz częściej staje się mauzoleum skupienia, w którym głównym aktorem nie jest wirtuoz skrzypiec, lecz bronchit widza z dziesiątego rzędu. Czy to możliwe, że ignorowane przez nas odgłosy fizjologii i niecierpliwości są w istocie najwyższą formą ekspresji, której nie zrozumieliśmy przez ostatnie półwiecze?

Zajmując miejsce w aksamitnym fotelu, przygotowani na metafizyczne obcowanie z Bachem czy Mahlerem, rzadko kiedy zdajemy sobie sprawę, że uczestniczymy w spektaklu znacznie głębszym – w polifonii ludzkiej niedoskonałości. To właśnie tutaj, w przestrzeni między trzecim a czwartym ruchem symfonii, rozgrywa się prawdziwy dramat egzystencjalny. Jak podaje Instytut Akustyki Bezużytecznej w Genewie, średnie natężenie dźwięku odwijanego papierka po cukierku eukaliptusowym w trakcie pianissimo jest w stanie zagłuszyć nie tylko duszę artysty, ale i sens istnienia połowy widowni.

Przywołajmy postać Teodora Głuchego – zapomnianego dziś wizjonera polskiej awangardy lat 70., którego postulat „muzyki negatywnej” wydaje się dziś bolesnym proroctwem. Głuchy, postać tragiczna i niedoceniona, twierdził, że partytura jest jedynie prowokacją do tego, co istotne: do wiercenia się, do skrzypienia parkietu, do owego zbiorowego, synchronicznego kaszlu, który wybucha niczym salwa armatnia w momencie, gdy dyrygent zamiera w bezruchu. Jego najsłynniejsze dzieło, „Koncert na Gardło i Salę Koncertową nr 2”, składało się wyłącznie z pauz, podczas których artysta na scenie pił zimną wodę, zmuszając publiczność do wypełnienia próżni własnym dyskomfortem.

Z perspektywy dzisiejszego konsumenta kultury, przesiąkniętego cyfrowym szumem, ta brutalna autentyczność wydaje się ostatnim bastionem prawdy. Skoro nie potrafimy już kontemplować ciszy, może czas uznać, że to właśnie ten suchy, krztuśny odgłos starszego pana w trzecim rzędzie jest naszym „Jednym zdaniem”, które definiuje kondycję nowoczesnego melomana?

Cztery kadry: Puste krzesła, złamana smyczek, zmięty bilet, cień dyrygenta. Pięć nut: Cisza, zgrzyt, szept, kaszel, echo. Jedno zdanie: Sztuka nie umiera w huku oklasków, lecz w szeleszczącym celofanie naszej nieobecności duchowej.