Symfonia Kurzu na Aksamitnej Fałdzie: Czy Ostatni Szmer Rozsuwanej Kurtyny Został Już Nagrany w MP3?

Symfonia Kurzu na Aksamitnej Fałdzie: Czy Ostatni Szmer Rozsuwanej Kurtyny Został Już Nagrany w MP3?

Pamiętacie Państwo jeszcze ten dźwięk? Nie mam na myśli polifonicznego jazgotu powiadomień, który niczym cyfrowa szarańcza pożera resztki naszej uwagi w antraktach. Mowa o ciężkim, niemal organicznym sapnięciu purpurowego aksamitu, który z namaszczeniem oddzielał światło od cienia, prawdę od kreacji, a widza od jego własnej, codziennej mizerii. Kurtyna – ta fizyczna granica między sacrum a profanum – zdaje się dziś odchodzić do lamusa, zastępowana przez bezduszne, aluminiowe rolety lub, co gorsza, całkowity brak bariery, który współczesna reżyseria nazywa ‘otwartością’, a ja nazywam estetycznym obnażeniem.

W dobie, gdy każda emocja musi być natychmiast skwantyfikowana i wrzucona do sieci, rytuał oczekiwania na pierwszy ruch materiału stał się luksusem, na który nie stać dzisiejszego, wiecznie spóźnionego odbiorcy. Według badań przeprowadzonych przez Instytut Percepcji Aksamitu w Lyonie, czas, w którym współczesny widz jest w stanie wytrzymać w ciemności przed rozstąpieniem się połaci materiału, skurczył się do nędznych czterech sekund. To mniej, niż zajmuje mrugnięcie okiem w stronę kogoś, kogo nie kochamy.

Nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć o Ignacym Mruku-Zasłonowskim, zapomnianym dziś wizjonerze scenografii, który całe swoje życie poświęcił badaniu ‘ciężaru psychologicznego frędzla’. Mruku-Zasłonowski twierdził, że prawdziwy teatr zaczyna się w szczelinie między dwiema połami materii, w tym drżącym niebycie, gdzie kurz wiruje w świetle rampy. Jego słynna inscenizacja ‘Ciszy’ w 1954 roku polegała na tym, że kurtyna nie podniosła się wcale, a publiczność przez trzy godziny kontemplowała fakturę znoszonego pluszu. Dziś zostałoby to uznane za błąd techniczny lub, o zgrozo, Performance Art bez odpowiedniego hashtagu.

Problem nie tkwi jednak w samej technologii, lecz w zaniku metafizyki materii. Kiedy kurtyna staje się sterowanym cyfrowo ekranem LED, tracimy dotyk artysty. Współczesny teatr, w pogoni za inkluzywnością, zburzył czwartą ścianę, zapominając, że bez niej budynek często po prostu się zawala. Widz wchodzi na salę i widzi już wszystko: spoconych technicznych, porozrzucane rekwizyty, nagie rusztowania. Gdzie podziała się tajemnica? Gdzie ten moment gwałtownego przyspieszenia tętna, gdy mechanizm wprawiał w ruch tony czerwonego sukna, oznajmiając, że oto właśnie zawieszamy prawa fizyki na rzecz praw poezji?

Obawiam się, że staliśmy się pokoleniem, które nie potrafi docenić misterium odsłonięcia. Wolimy ‘scrollowanie’ od ‘odkrywania’. Symfonia kurzu, która dawniej towarzyszyła każdemu otwarciu, została zastąpiona przez sterylną czystość matrycy. Jeśli nie przywrócimy kurtynie jej należnego miejsca jako pierwszej aktorki każdego spektaklu, ryzykujemy, że jedyną rzeczą, jaka po nas pozostanie, będzie pusta scena i echo oklasków, których nikt nie zdążył wykrzesać z dłoni zajętych trzymaniem smartfona.