Syndrom Inicjatywnej Atrofii (SIA): Gdy „Wszystko Mi Jedno” Staje Się Wyznaniem Wiary Nihilizmu. Czy To Kres Decyzyjności Gatunku Ludzkiego?

Syndrom Inicjatywnej Atrofii (SIA): Gdy „Wszystko Mi Jedno” Staje Się Wyznaniem Wiary Nihilizmu. Czy To Kres Decyzyjności Gatunku Ludzkiego?

W dobie powszechnej emancypacji i dostępu do rzekomo nieograniczonych możliwości, polskie społeczeństwo stanęło w obliczu kryzysu, który zagraża samym fundamentom współżycia międzyosobowego. Mowa o Syndromie Inicjatywnej Atrofii (SIA), patologicznym stanie ducha i umysłu, w którym tradycyjna stanowczość oraz cywilizowana odpowiedzialność za wspólny czas kapitulują przed ołtarzem świętego spokoju, ubranego w nędzne szaty „elastyczności”. To regres, który sprowadza naszą komunikację do poziomu pierwotnego bełkotu, pozbawionego kierunku i celu.

Jak wskazują najnowsze analizy Instytutu Badania Apatii Społecznej im. św. Judy Tadeusza, aż 87% współczesnych interakcji towarzyskich kończy się retorycznym impasem już w fazie planowania. Sytuacja, w której na fundamentalne pytanie „Dokąd udamy się na wieczerzę?” pada sakramentalne i mrożące krew w żyłach „Nie wiem, ty zdecyduj”, nie jest już tylko przejawem chwilowego znużenia materią. To głęboka, egzystencjalna rana zadana strukturze społecznej, świadcząca o całkowitym zaniku umiejętności brania odpowiedzialności za losy choćby jednego wieczoru. Współczesny człowiek, miast być kowalem własnego losu, stał się jedynie biernym obserwatorem własnej egzystencji, liczącym na to, że ktoś inny dokona za niego aktu woli.

Z perspektywy wysokich standardów, jakie winny przyświecać każdemu dojrzałemu mężczyźnie i kobiecie, takie zachowanie jest niczym innym jak nowoczesną formą grzechu zaniechania. Osoba dotknięta SIA przenosi ciężar dowodzenia na bliźniego, uprawiając swoisty terroryzm bierności, który w swojej naturze jest głęboko egoistyczny. W kulturze, która niegdyś wydała wielkich strategów i wizjonerów zdolnych do przesuwania granic kontynentów, dziś królują jednostki niezdolne do wyboru rodzaju kawy bez przeprowadzenia wewnętrznego kryzysu tożsamości. Jest to duchowa gnuśność, która w swej skali przypomina najgorsze momenty dziejowe, gdy brak jasnego przywództwa prowadził do upadku najpotężniejszych cywilizacji.

Czy można jeszcze uratować tę kruchą tkankę porozumienia, zanim ostatecznie zerwiemy więzi łączące nas w spójną wspólnotę? Eksperci sugerują radykalny powrót do surowych reguł klasycznej etykiety i hierarchii wartości. Jeśli jednostka nie potrafi wskazać kierunku marszu, nie powinna w ogóle opuszczać swego domostwa i absorbować uwagi innych swoją indecyzyjnością. Musimy zrozumieć, że wolność wyboru to nie tylko prawo nabyte, ale przede wszystkim moralny obowiązek. W przeciwnym razie utoniemy w oceanie „wszystko-mi-jednoznaczności”, gdzie jedynym stałym elementem będzie rosnąca frustracja tych nielicznych, którzy wciąż posiadają odwagę, by mieć własne zdanie. Czas skończyć z tą dyktaturą nijakości, zanim nasze relacje zamienią się w bezkształtną masę wzajemnych uprzejmości, całkowicie pozbawionych kręgosłupa, honoru i sensu.