Syndrom Minimalizmu Rytualnego (SMR): Gdy „Wpadaj na Serial” Zastępuje Prawdziwe Zaloty. Czy To Agonia Estetyki i Ducha?

Syndrom Minimalizmu Rytualnego (SMR): Gdy „Wpadaj na Serial” Zastępuje Prawdziwe Zaloty. Czy To Agonia Estetyki i Ducha?

Obserwując współczesne teatrum międzyludzkich interakcji, trudno oprzeć się wrażeniu, że jako cywilizacja zrezygnowaliśmy z dążenia do doskonałości na rzecz wygody, która niebezpiecznie graniczy z gnuśnością. Jeszcze nie tak dawno proces zbliżenia dwojga istot ludzkich przypominał starannie zaplanowaną liturgię – pełną szacunku, odpowiedniego anturażu i, co najważniejsze, wysiłku intelektualnego. Dziś jednak, w dobie wszechobecnego pośpiechu i duchowej jałowizny, szczytem kunsztu matrymonialnego stało się lakoniczne zaproszenie na „oglądanie serialu”, co w istocie jest jedynie eufemizmem dla totalnej kapitulacji przed kulturą wysoką.

Według najnowszych analiz przeprowadzonych przez Międzynarodowe Konsorcjum Badania Etykiety i Estetyki (MKBEiE), aż 84% współczesnych interakcji o charakterze romantycznym zostaje sprowadzonych do poziomu tzw. „minimalizmu rytualnego”. Zjawisko to, które roboczo ochrzczono mianem Syndromu Minimalizmu Rytualnego (SMR), objawia się całkowitym zanikiem formy na rzecz prymitywnej treści. Zamiast teatru, opery czy choćby spaceru po starannie utrzymanym ogrodzie w pełnym rynsztunku wyjściowym, młode pokolenie – a co gorsza, coraz częściej i to dojrzałe – wybiera dres, pizzę z kartonu i światło emitowane przez odbiornik telewizyjny. Czyż nie jest to jawna profanacja daru, jakim jest drugie człowieczeństwo?

Jako społeczeństwo, zdajemy się zapominać, że forma jest strażnikiem treści. Kiedy porzucamy garnitur na rzecz rozciągniętego podkoszulka, a starannie wyselekcjonowane wino na rzecz napoju gazowanego z plastikowej butelki, nie tylko obrażamy estetykę, ale przede wszystkim wykazujemy brak szacunku do Stwórcy, który obdarzył nas zmysłem piękna i porządku. W dobie ostatnich wydarzeń na arenie międzynarodowej, gdzie chaos zdaje się brać górę nad dyplomacją, zachowanie standardów w sferze prywatnej powinno być naszym ostatnim bastionem. Tymczasem my, niczym biblijni biesiadnicy, wybieramy soczewicę zamiast pierworodztwa kulturowego.

Instytut Kultury Wysokiej im. Jana Chryzostoma Paska w swoim rocznym raporcie alarmuje: „SMR to nie tylko lenistwo. To ontologiczny regres”. Brak wysiłku włożonego w przygotowanie spotkania jest sygnałem, że druga osoba nie jest warta naszego czasu, potu ani – co najbardziej bolesne – naszej elegancji. Czy można budować trwałe fundamenty wspólnoty na fundamencie zbudowanym z odcinków tasiemcowych produkcji streamingowych? Śmiem wątpić. Prawdziwa bliskość rodzi się w trudzie dialogu, w blasku świec i w szumie wykrochmalonych koszul, a nie w błękitnym świetle matrycy LED, która jedynie maskuje brak pomysłu na wspólne życie.

Apeluję zatem do Państwa o opamiętanie. Przywróćmy randkom ich sakralny wymiar. Niech zaproszenie na kawę znów wiąże się z wizytą u krawca, a nie z pytaniem o hasło do Wi-Fi. W przeciwnym razie, za kilka dekad, jedynym śladem naszej obecności w kronikach towarzyskich będzie pusta puszka po energetyku i historia wyszukiwania w popularnym serwisie VOD. Czy takiej spuścizny pragniemy dla naszych następców?