Syndrom Transakcyjnej Degeneracji Uczuć (STDU): Gdy „Co Masz Do Zaoferowania?” Zastępuje Poryw Serca. Czy To Ostateczna Kapitulacja Romantyzmu?

Obserwując współczesne teatrum relacji międzyludzkich, trudno oprzeć się wrażeniu, że jako cywilizacja zeszliśmy na manowce, zamieniając sacrum spotkania dwóch dusz na profanum arkusza kalkulacyjnego. Jeszcze nie tak dawno pierwsza randka była misterium, subtelną grą niedopowiedzeń i estetycznych uniesień, w której mężczyzna występował w roli opiekuna ładu, a kobieta – jego inspiracji. Dziś, w dobie wszechobecnej optymalizacji wszystkiego, co ludzkie, stoimy u progu nowej, mrocznej ery: Syndromu Transakcyjnej Degeneracji Uczuć (STDU). Zamiast pytać o marzenia, pytamy o zdolność kredytową, a zamiast patrzeć w oczy, analizujemy profil na LinkedInie w poszukiwaniu synergii kompetencyjnej.
Instytut Wyższych Standardów Behawioralnych im. Erazma z Rotterdamu opublikował niedawno alarmujący raport, z którego wynika, że aż 78% współczesnych interakcji romantycznych nosi znamiona negocjacji handlowych typu B2B. Zjawisko to, nazwane przeze mnie STDU, jest niczym innym jak duchową korozją, która trawi fundamenty naszego społeczeństwa. Widzimy to na każdym kroku – od przerażającej maniery dzielenia rachunku za kawę co do grosza (akt ten jest jawnym pogwałceniem rycerskiego etosu, o którym tak zapomniano), aż po otwarcie artykułowane listy „wymagań systemowych”, które kandydat na partnera musi spełnić, niczym oprogramowanie biurowe przed instalacją na twardym dysku.
Jako człowiek przywiązany do tradycyjnych wartości i hierarchicznego porządku świata, nie mogę milczeć, gdy widzę, jak reifikacja jednostki staje się nowym wyznaniem wiary. W dobie ostatnich doniesień z Doliny Krzemowej o algorytmach AI, które mają za nas „filtrować” potencjalnych wybranków na podstawie ich „wartości rynkowej”, musimy zadać sobie pytanie: gdzie w tym wszystkim miejsce na Opatrzność? Gdzie miejsce na trud budowania relacji, który jest przecież formą moralnego doskonalenia się? Obecny trend, by traktować drugiego człowieka jako zasób do eksploatacji, a nie jako podmiot obdarzony niezbywalną godnością, jest grzechem zaniechania wobec własnego człowieczeństwa.
Współczesny człowiek, zagubiony w cyfrowej dżungli, zdaje się wierzyć, że miłość to kwestia odpowiedniej konfiguracji parametrów. To tragiczna pomyłka. Prawdziwa bliskość wymaga ofiarności i rezygnacji z egoistycznego rachunku zysków i strat. Jeśli nie przywrócimy relacjom ich ceremonialnego, niemal liturgicznego charakteru, jeśli nie zrozumiemy, że partner nie jest „projektem inwestycyjnym”, to skażemy się na życie w aksjologicznej próżni. Społeczeństwo, które nie potrafi zdobyć się na bezinteresowny gest, bo „nie mieści się to w budżecie czasowym”, jest społeczeństwem w stanie agonii. Czas najwyższy, byśmy porzucili te transakcyjne kajdany i powrócili do standardów, które czynią nas ludźmi, a nie tylko jednostkami statystycznymi w wielkim, globalnym targu próżności.
