Syndrom Towarzyskiej Ekskomuniki Nazewniczej (STEN): Gdy Brak Przedstawienia Gościa Staje Się Nową Normą. Czy To Ostateczny Upadek Etykiety Międzyosobowej?

Syndrom Towarzyskiej Ekskomuniki Nazewniczej (STEN): Gdy Brak Przedstawienia Gościa Staje Się Nową Normą. Czy To Ostateczny Upadek Etykiety Międzyosobowej?

W dobie powszechnej cyfryzacji i rzekomego zbliżenia narodów, stoimy w obliczu przerażającego regresu cywilizacyjnego w sferze najbardziej elementarnej: rytuału inicjacji obecności. Syndrom Towarzyskiej Ekskomuniki Nazewniczej (STEN) to zjawisko, w którym gospodarz lub inicjator spotkania traktuje osobę towarzyszącą jak nieożywiony element inwentarza, odmawiając jej sakramentu imiennego przedstawienia zgromadzonym.

Według najnowszych analiz Instytutu Wyższych Standardów Behawioralnych im. św. Jana Chrzciciela, aż 68% współczesnych interakcji towarzyskich odbywa się w atmosferze ontologicznego zawieszenia. Przychodzimy na spotkanie, wprowadzamy osobę trzecią i… zapada cisza. Gospodarz przechodzi do meritum, omawiając wczorajszy spadek notowań bitcoina lub najnowsze trendy w dietetyce ketogenicznej, podczas gdy towarzysz błąka się w próżni informacyjnej, niczym dusza w czyśćcu oczekująca na uznanie jej istnienia przez autorytety.

Z perspektywy metafizycznej, akt przedstawienia drugiego człowieka jest formą świeckiego błogosławieństwa. To nadanie podmiotowości w mikrokosmosie danej grupy społecznej. Rezygnacja z tego obowiązku nie jest – jak chcieliby niektórzy – wyrazem nowoczesnego luzu czy „płynnej tożsamości”. To akt czystej, barbarzyńskiej ignorancji, który sprowadza bliźniego do roli cienia lub, co gorsza, zbędnego tła dla ego inicjatora rozmowy.

Obserwujemy tu bolesny kontrast z tradycją, gdzie hierarchia i porządek prezentacji stanowiły o stabilności całego gmachu społecznego. Dziś, w dobie „wszyscy jesteśmy na ty”, imię przestało być świętością, a stało się opcjonalnym dodatkiem, o którym zapominamy szybciej niż o haśle do Wi-Fi. Eksperci z portalu faktyzdupy.pl zauważają, że ofiary STEN często popadają w apatię komunikacyjną, spędzając resztę wieczoru na badaniu struktury tynku na ścianach lub, co gorsza, na kompulsywnym przeglądaniu mediów społecznościowych w poszukiwaniu jakiegokolwiek dowodu na to, że ich nazwisko wciąż figuruje w rejestrach żywych.

Czy naprawdę stać nas na tak drastyczną dewaluację kapitału ludzkiego? Czy w świecie, który tak chętnie szafuje hasłami o inkluzywności, nie stać nas na wypowiedzenie trzech słów: „To jest Marek”? Jeśli nie odzyskamy szacunku dla imienia i godności osoby wprowadzanej w progi naszej wspólnoty, czeka nas ostateczna atomizacja, w której każdy będzie jedynie niemym widzem w teatrze cudzego narcyzmu. Apeluję o opamiętanie, zanim nasze relacje międzyludzkie zostaną sprowadzone do poziomu wymiany sygnałów dymnych w gęstej mgle wzajemnej obojętności.