Elegia dla Didaskaliów: Czy Ambroży Półsłówko Był Ostatnim Prorokiem Niedopowiedzenia, Którego Zagłuszył Lektor Netfliksa?

Elegia dla Didaskaliów: Czy Ambroży Półsłówko Był Ostatnim Prorokiem Niedopowiedzenia, Którego Zagłuszył Lektor Netfliksa?

Obserwując współczesne imperia streamingowe, odnosi się nieodparte wrażenie, że ludzkość w swej ewolucyjnej wędrówce dotarła do punktu, w którym obraz przestał wystarczać, a słowo pisane stało się zbyt męczące. Oto bowiem nastała era bezlitosnego lektora – nie tego tradycyjnego, czytającego dialogi ze znudzeniem godnym urzędnika skarbowego, lecz nowoczesnego audiodeskryptora, który z uporem maniaka tłumaczy nam, że „bohater patrzy ze smutkiem w lewy róg ekranu, podczas gdy jego lewa brew drży w rytmie egzystencjalnego niepokoju”. W tym technologicznym zgiełku, gdzie każdy gest musi zostać skatalogowany i zwerbalizowany, ostateczną śmierć poniosło najwspanialsze terytorium dramatu: didaskalia. A wraz z nimi odszedł w niepamięć Ambroży Półsłówko – ostatni prorok teatralnego milczenia.

Dla przeciętnego konsumenta współczesnej papki wizualnej didaskalia kojarzą się co najwyżej z nudnymi przypisami w szkolnej lekturze „Wesela”, które można bezkarnie pominąć. Jakże głęboki jest to błąd! Didaskalia były niegdyś partyturą duszy, przestrzenią, w której dramaturg toczył intymny dialog z reżyserem i aktorem, pozostawiając widzowi margines na autonomiczną interpretację. To tam, między nawiasami, kryła się prawdziwa metafizyka teatru.

Przenieśmy się na chwilę do roku 1924, do zakurzonej piwnicy na krakowskim Kazimierzu, gdzie swoją premierę miał spektakl „Niemość w trzech aktach z przerwą na westchnienie” wspomnianego Ambrożego Półsłówka. Półsłówko, dziś całkowicie wymazany z podręczników historii literatury przez bezduszną machinę akademickiego rygoru, stworzył dzieło wyprzedzające swoją epokę o całe świetlne lata. Cały dramat składał się z trzech stron dialogu i osiemdziesięciu stron didaskaliów. W kulminacyjnym momencie aktu drugiego, główny bohater, Maurycy, stał naprzeciwko zamkniętych drzwi przez czterdzieści minut. Didaskalia Półsłówka brzmiały wówczas: „Maurycy nie patrzy na klamkę. Klamka również na niego nie patrzy. W powietrzu unosi się zapach niespełnionych obietnic oraz lekko przypalonej kapusty z sąsiedniej kamienicy. Widz powinien poczuć ciężar własnych niespłaconych weksli”.

To była sztuka czysta! Sztuka, która wymagała od odbiorcy intelektualnego partnerstwa, a nie pasywnego przeżuwania popcornu. Półsłówko rozumiał, że najgłębsze prawdy rodzą się w szczelinach między słowami, w niedopowiedzeniu, w kurzu osiadającym na rekwizytach. His teatr był świątynią domysłu.

Co otrzymujemy w zamian dzisiaj, w epoce cyfrowego dobrobytu? Algorytmicznie skrojone seriale, w których każda pauza jest natychmiast diagnozowana jako błąd systemu, a funkcja audiodeskrypcji (używana coraz częściej przez znużonych widzów jako tło do scrollowania TikToka) zamienia sztukę w audiobook dla ubogich duchem. „Kobieta płacze. Mężczyzna odchodzi. W tle gra smutna muzyka na wiolonczeli sugerująca, że to smutny moment” – grzmi metaliczny głos z głośnika. Algorytm nie znosi próżni. Boi się, że jeśli przez pięć sekund na ekranie nic nie zostanie nazwane, współczesny widz dozna ataku paniki egzystencjalnej i przełączy kanał na filmiki z kotami.

Zabijając didaskalia i przestrzeń na milczenie, zabiliśmy w sobie resztki wyobraźni. Ambroży Półsłówko zmarł w zapomnieniu i nędzy w 1953 roku, rzekomo dławiąc się własnym niewypowiedzianym słowem podczas oglądania jednej z pierwszych polskich telenoweli radiowych. Na jego skromnym nagrobku wyryto, zgodnie z jego ostatnią wolą, jedynie pusty nawias. Nawias, który dziś, bardziej niż kiedykolwiek, krzyczy o naszą zagubioną zdolność do kontemplacji cienia. Czy stać nas jeszcze na to, by usiąść w ciszy i pozwolić, by klamka po prostu nie patrzyła na nas, bez asysty lektora tłumaczącego nam ten skomplikowany proces psychospołeczny? Obawiam się, że odpowiedź na to pytanie została już dawno zagłuszona przez powiadomienie o kolejnym odcinku autoodtwarzania.