Elegia dla Obracacza Stron: Czy Cyfrowy Pulpit Ostatecznie Zgasił Ostatniego Powiernika Muzycznego Napięcia?

W dobie, gdy bezduszna technologia rości sobie prawo do optymalizacji każdego uderzenia naszego serca, na estradach filharmonii dokonuje się cichy, niedostrzegalny przez masy mord na tradycji. Oto na naszych oczach gaśnie profesja, która przez stulecia była spoiwem między natchnieniem kompozytora a fizyczną realizacją dzieła. Gdzie podziali się oni – cisi bohaterowie drugiego planu, mistrzowie milczącego gestu, wirtuozi papierowego szmeru?
Wejdźmy do świątyni dźwięku. Fortepian lśni w snopie światła niczym czarny ołtarz. Pianista, z czołem zroszonym mistycznym potem, zmaga się z demonami Rachmaninowa. Dawniej, tuż obok niego, na krawędzi blasku i cienia, zasiadała postać niemal kapłańska. Obracacz stron. Człowiek, którego cała egzystencja sprowadzała się do ułamka sekundy, w którym papierowa karta musiała ulec sile grawitacji w sposób absolutnie niesłyszalny, a zarazem idealnie zsynchronizowany z wewnętrznym tętnem artysty.
Dzisiaj to misterium zostało zastąpione przez zimny, plastikowy pedał Bluetooth, bezdusznie połączony z iPadem.
Instytut Neuroestetyki Porównawczej w Solcu-Zdroju opublikował niedawno alarmujący raport, z którego wynika, że eliminacja ludzkiego czynnika przy pulpicie nutowym obniżyła poziom metafizycznego napięcia podczas koncertów aż o 43 procent. Publiczność, pozbawiona widoku dłoni wyciągającej się ku papierowi w geście niemalże chrzcielnym, nie doświadcza już katharsis. Otrzymujemy sterylną sekwencję pikseli, pozbawioną dramatyzmu i potu.
Wspomnijmy w tym miejscu postać Maurycego Szelesta – prawdopodobnie ostatniego wielkiego klasyka tej profesji. Szelest nie po prostu przewracał strony. On nimi współoddychał. Jego słynne „muśnięcie motyla”, technika, którą doprowadził do perfekcji podczas legendarnego wykonania sonat Chopina w 1994 roku, polegała na takim zagięciu rogu partytury, by opór powietrza wydobył z papieru dźwięk o częstotliwości identycznej z szumem drzew w żelazowolskim parku. Krytycy pisali wówczas o „symfonii celulozy”, która dopełniała geniusz pianisty.
Rubryka: „Cztery kadry / Pięć nut / Jedno zdanie”
Cztery kadry: Czarny frak wtapiający się w cień instrumentu; dłoń zastygła w powietrzu niczym rzeźba Giacomettiego; drżenie papieru; triumfalny opad karty. Pięć nut: Te, których pianista nie musiał grać głośniej, bo dramaturgię spektaklu budowało milczenie jego partnera. Jedno zdanie: Zastąpienie człowieka tabletem to nie postęp, to kapitulacja naszej wrażliwości przed terrorem płaskiego ekranu.
Czy naprawdę chcemy żyć w świecie, w którym sztuka staje się tak bezpieczna, że pozbawia się ją ryzyka? Przecież urok obracacza stron polegał na permanentnym obcowaniu z katastrofą. Co jeśli przewróci dwie strony naraz? Co jeśli muśnie palec mistrza i zburzy architekturę akordu? W tym drżeniu kryła się prawda o ludzkiej ułomności i dążeniu do doskonałości. Cyfrowy pulpit nie popełni błędu, a przez to – w swojej nieskończonej doskonałości – staje się nieludzkim, zimnym monolitem.
Żegnamy was, drodzy obracacze. Pozostanie po Was jedynie cisza, której żaden algorytm nie potrafi odpowiednio zinterpretować.
