Epitafium dla Absolutnego Mroku: Jak Faustyn Cień Ocalił Teatr Przed Tyranią Światła i Dlaczego Współczesność Boi się Cienia

Epitafium dla Absolutnego Mroku: Jak Faustyn Cień Ocalił Teatr Przed Tyranią Światła i Dlaczego Współczesność Boi się Cienia

Żyjemy w epoce bezwzględnego przebodźcowania. Każdy centymetr kwadratowy współczesnej sceny musi być doświetlony reflektorem LED o mocy tysiąca słońc, a widz – niczym ćma porażona sklepowym neonem – traci zdolność dostrzegania tego, co najcenniejsze: ukrytego w mroku szeptu. W pogoni za cyfrową sterylnością i instagramową estetyką zapomnieliśmy o jedynym człowieku, który potrafił wyreżyserować pustkę.

Niewielu dziś pamięta o Faustynie Cieniu, wizjonerze teatru negatywnego, który w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku rzucił wyzwanie samej fizyce światła. Jego teatr nie tyle pokazywał, ile ocalał nas przed terrorem widzialności. Dzisiaj, gdy kultura stała się jaskrawym fast-foodem percepcji, warto powrócić do tej zapomnianej lekcji pokory wobec tego, co niewidoczne.

Faustyn Cień (właściwie Faustyn Cichociemny, ur. 1943, zaginiony w niewyjaśnionych okolicznościach podczas próby generalnej w 1982 roku) uważał, że światło jest burżuazyjnym wymysłem mającym na celu odwrócenie uwagi od egzystencjalnej pustki. Jego najsłynniejszy spektakl, “Noc bez gwiazd, dzień bez słońca” (Radom, 1974), przeszedł do historii jako jedyne przedstawienie, na które widzowie wchodzili w całkowicie czarnych goglach spawalniczych, by następnie przez cztery godziny obcować wyłącznie z szumem wentylatora i zapachem wilgotnej gliny.

Jak pisał wówczas jeden z nielicznych krytyków, którzy nie zasnęli (lub nie doznali ataku paniki): „Cień udowodnił, że największym dramatem człowieka nie jest to, co widzi, ale to, czego panicznie boi się dostrzec we własnej ciemnocie”. Współczesny teatr, zdominowany przez ekrany projekcyjne i laserowe harfy, wydaje się przy tym prymitywną zabawką dla niemowląt, które potrzebują grzechotki, by nie zapłakać w ciemnym pokoju.

Gdzie podziali się dzisiejsi rewolucjoniści mroku? Zastąpili ich kuratorzy z dyplomami MBA, dla których sukcesem artystycznym jest wyprzedana sala i odpowiedni zasięg na TikToku. Faustyn Cień nie dbał o frekwencję. Podczas jego legendarnego pokazu w Starej Garbarni w 1979 roku, na widowni zasiadły dwie osoby, pies stróża oraz krzesło, które reżyser osobiście uznał za „najbardziej zaangażowanego odbiorcę metafizycznego transferu”.

W ramach mojej stałej rubryki, pragnę ocalić od zapomnienia to wybitne, choć całkowicie nieobecne w podręcznikach dzieło, posługując się wypracowaną przez lata formułą syntezy.

Cztery kadry / Pięć nut / Jedno zdanie

Cztery kadry:

  1. Absolutna czerń, w której lewy dolny róg wydaje się minimalnie głębszy od prawego.
  2. Sylwetka aktora, który na ułamek sekundy zapala zapałkę, po czym natychmiast ją zdmuchuje, przepraszając szeptem publiczność za “tani efekciarstwo”.
  3. Widz poszukujący po omacku wyjścia ewakuacyjnego, interpretowany przez resztę sali jako ucieleśnienie mitu o Orfeuszu.
  4. Kurz osiadający powoli na porzuconym rekwizycie – drewnianym krześle, które jako jedyne zrozumiało intencję twórcy.

Pięć nut: Skrzypnięcie podłogi w tonacji f-moll; głębokie tchnienie astmatycznego suflera; metaliczny dźwięk upadającej monety jednozłotowej; cisza; i wreszcie – pojedyncze, pełne rezygnacji „ach” wykrztuszone przez reżysera w 120. minucie.

Jedno zdanie: Spektakl Faustyna Cienia to bezlitosny, obdarty z komercyjnego blichtru manifest artystycznej suwerenności, który udowadnia, że najgłębszą prawdę o człowieku można opowiedzieć tylko wtedy, gdy wykręci się wszystkie żarówki.