Elegia dla Odwróconego Płótna: Czy Zapomniany Pankracy Rewers Odnalazł Prawdę na Rewersie Arcydzieła, Którego Współczesność Nie Ma Odwagi Obrócić?

Elegia dla Odwróconego Płótna: Czy Zapomniany Pankracy Rewers Odnalazł Prawdę na Rewersie Arcydzieła, Którego Współczesność Nie Ma Odwagi Obrócić?

W świecie, gdzie każde muzeum zamieniło się w jaskrawo oświetloną galerię handlową, a widzowie konsumują sztukę z szybkością przewijania tiktoka, propozycja Pankracego Rewersa brzmi jak rewolucyjny manifest. Ten dziewiętnastowieczny pustelnik z powązkowskiego poddasza twierdził rzecz niesłychaną: prawdziwa esencja malarstwa nie leży w feerii barw na fronte płótna, lecz w milczącej, surowej prawdzie jego pleców. Dzisiejszy rynek sztuki, zafiksowany na lśniącej fasadzie, skazał go na wieczne zapomnienie. Czy słusznie?

Współczesna galeria sztuki przypomina nieco współczesne wesele – wszyscy patrzą na pannę młodą, nikt nie pyta o stan techniczny fundamentów sali balowej. Patrzymy na „Monię Lisę” i widzimy uśmiech, ale czy ktoś zastanawiał się nad topografią kurzu osiadłego na sosnowym krośnie, które ten uśmiech dźga? Pankracy Rewers (1842–1909) uczynił z tego pytania życiowe credo.

Wychowany w cieniu akademickiego rygoru, Rewers szybko zrozumiał, że farba olejna to jedynie makijaż, którym malarze maskują ontologiczną pustkę płótna. Jego najsłynniejszy, choć nigdy niewystawiony cykl „Plecy Absolutu” składał się z dwunastu blejtramów odwróconych tyłem do widza. Na surowym lnie artysta nanosił jedynie delikatne, niemal niezauważalne notatki o wilgotności powietrza, odciski własnych kciuków umazanych węglem oraz pieczęcie fikcyjnych urzędów celnych. Była to sztuka, która nie żądała spojrzenia; ona żądała współodczuwania z materią.

Jak wykazały niedawne, ignorowane przez główne media badania Instytutu Archeologii Estetycznej w Zurychu, Rewers wyprzedził konceptualizm o niemal stulecie. Podczas gdy jego rówieśnicy kłócili się o niuanse impresjonistycznego światła, on kontemplował zacieki kleju stolarskiego. „Przód obrazu to kłamstwo dla pospólstwa” – pisał w swoim niedokończonym traktacie O wyższości ramy nad zawartością. „Tylko z tyłu, w intymnym uścisku drewna i gwoździa, kryje się prawda o trudzie istnienia”.

Dziś, w epoce cyfrowych replik i NFT, gdzie obraz pozbawiony został jakiejwiek fizyczności, Rewers jawi się jako tragiczny prorok. Przemierzając sale współczesnych biennale, gdzie instalacje krzyczą o uwagę jaskrawymi neonami, tęsknię za jego radykalną ciszą. Współczesny widz, otumaniony algorytmami, nie potrafi już dostrzec dramaturgii w napięciu zardzewiałej zszywki tapicerskiej. Chcemy tylko barwnych plam, które dobrze wyglądają na ekranie smartfona.


Cztery kadry / Pięć nut / Jedno zdanie

W ramach mojej stałej rubryki, krótki seans prawdy nad najnowszym dziełem młodego performera, Juliana Hałasa, pt. „Kliknięcie”:

Cztery kadry: Czarny ekran smartfona odbijający twarz znudzonego widza; palec zawieszony nad przyciskiem „Kup teraz”; kurator ocierający pot z czoła; pusta sala galeryjna zalana zimnym światłem LED. Pięć nut: Monotonny szum klimatyzatora w tonacji B-moll, przerwany piskliwym powiadomieniem o niskim stanie baterii. Jedno zdanie: Julian Hałas próbuje przekonać nas, że pustka jest towarem, zapominając, że prawdziwa próżnia nie potrzebuje sponsora ani kodu rabatowego.

Pankracy Rewers umarł w nędzy, a jego dzieła posłużyły zapewne jako opał w mroźną zimę 1910 roku. Pozostało po nim zaledwie kilka zapisków i jedno odwrócone płótno w prywatnej kolekcji, którego właściciel – o ironio – boi się je odwrócić, by nie stracić gwarancji autentyczności. To ostateczny triumf fasady nad esencją. Obyśmy kiedyś znaleźli w sobie dość odwagi, by zajrzeć za ramy naszych własnych iluzji.