Elegia dla Scenicznego Dymu: Czy Idzi Opary Był Ostatnim Reżyserem Naszego Zagubienia, Którego Rozgonił Klimatyzator?

Elegia dla Scenicznego Dymu: Czy Idzi Opary Był Ostatnim Reżyserem Naszego Zagubienia, Którego Rozgonił Klimatyzator?

Współczesny teatr pachnie miętą i płynem do dezynfekcji rąk. Z sal widowiskowych zniknął ostatni wielki kurator naszych lęków – ciężki, gryzący dym sceniczny, który niegdyś zmuszał nas do płaczu, zanim jeszcze aktor wypowiedział pierwszą kwestię. Czy wraz z nadejściem ery sterylnych wytwornic pary wodnej bezpowrotnie utraciliśmy zdolność do błądzenia w metafizycznej mgle?

Przemierzając niedawno piwniczne archiwa dawnego teatru eksperymentalnego „Zasłona”, natrafiłem na pożółkły flakon z etykietą: „Glikolowa Esencja Bytu nr 4”. To materialny ślad po działalności Idziego Oparego – człowieka, który w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku nie tyle obsługiwał teatralną aparaturę, ile reżyserował nasze zbiorowe niedowidzenie. Podczas gdy reżyserzy kłócili się o interpretację tekstów, Opary w milczeniu napełniał płuca widowni gęstym, organicznym całunem, w którym znikały wszelkie ziemskie podziały.

Opary uważał, że tekst dramatyczny jest jedynie zbędną przeszkodą między widzem a absolutem. „Aktor musi zniknąć, by narodziła się prawda” – pisał w swoim manifeście „Poetyka duszenia”. Jego autorski dymogenerator, zasilany silnikiem od motocykla „Wueska”, produkował zawiesinę o tak niespotykanej gęstości, że podczas premiery „Kordiana” w 1979 roku widzowie w trzecim rzędzie nie tylko nie widzieli sceny, ale stracili z oczu własne kolana. Był to triumf sztuki totalnej – teatr przestał być widowiskiem, a stał się walką o przetrwanie, fizycznym doświadczeniem pustki i niebytu.

Dzisiejsza scena, skażona terrorem bezpieczeństwa i higieny pracy, boi się dymu, który gryzie w gardło. Nowoczesne systemy klimatyzacji, sterowane algorytmami o wrażliwości arkusza kalkulacyjnego, usuwają każdą artystyczną molekułę w ułamku sekundy. Widz płaci trzysta złotych za bilet, by widzieć wszystko w jakości 4K, zapominając, że najgłębsze prawdy o ludzkiej egzystencji rodzą się właśnie tam, gdzie wzrok nie sięga. Chcemy sztuki przejrzystej, a przejrzystość jest przecież domeną pustki.

Na szczęście w mroku offowych piwnic tli się jeszcze iskra dawnego buntu. Młody performer z Podkowy Leśnej, występujący pod pseudonimem „Vape-Exist”, próbuje nawiązać dialog z dziedzictwem Oparego, generując chmury o smaku borówkowym za pomocą zmodyfikowanych e-papierosów. I choć ten słodkawy zapach bardziej przypomina gimbazę niż egzystencjalny niepokój, to w tym rozpaczliwym geście wciąż tli się tęsknota za czasami, gdy sztuka potrafiła nas autentycznie i bezkompromisowo udusić.