Epitafium dla Potknięcia: Czy Cyfrowy Perfekcjonizm Ostatecznie Wykastrował Sztukę z Jej Jedynego Ludzkiego Odruchu?

Epitafium dla Potknięcia: Czy Cyfrowy Perfekcjonizm Ostatecznie Wykastrował Sztukę z Jej Jedynego Ludzkiego Odruchu?

W epoce, gdy algorytmy korygują każdą fałszywą nutę, a cyfrowe duble pozwalają na wygładzenie najmniejszego drżenia głosu aktora, stoimy na krawędzi ostatecznej sterylizacji ludzkiego ducha. Z zapartym tchem śledzimy spektakle tak doskonałe, że aż martwe, uwięzione w próżni własnej bezbłędności. Gdzie podziała się chropowatość egzystencji, ta jedyna szczelina, przez którą – jak pisał Leonard Cohen – wnika światło? Wspominając dziś postać Konstantego Kiksa, zapomnianego reżysera i teoretyka „estetyki uchybienia”, pytamy o sens sztuki, która przestała krwawić na rzecz lśnienia czystego krzemu.

Konstanty Kiks, tworzący na marginesie powojennego awangardowego teatru eksperymentalnego, w swoim manifeście z 1974 roku pisał: „Sztuka bez błędu jest jak ciało pozbawione blizn – estetycznym fantomem, manekinem ubranym w jedwabie”. Kiks potrafił celowo poluzować śruby w scenografii, by w kulminacyjnym momencie monologu Hamleta krzesło pod aktorem rozpadło się w drobny mak. Dlaczego? Ponieważ wierzył, że dopiero w nagłej konfrontacji z chaosem, w tym ułamku sekundy, gdy maska artysty opada i ustępuje miejsca czystej, biologicznej panice, rodzi się absolutna prawda.

Dzisiejszy teatr i współczesna estrada przypominają raczej fabryki mikroprocesorów. Widz płaci za pewność, że nic go nie zaskoczy. Każdy ruch ręki diwy popowej jest zsynchronizowany z hologramem, a pauza dramatyczna w teatrze dramatycznym została wymierzona ze szwajcarską precyzją przez asystenta reżysera z iPadem w dłoni. Usunięcie ryzyka to usunięcie duszy. Kiedy ostatni raz widzieliście Państwo pianistę, który w przypływie autentycznego szału uderzył w niewłaściwy klawisz, sprawiając, że cała sala zamarła w bolesnym, ale jakże żywym zachwycie? Perfekcja to brama do obojętności.

Przeciwstawiając się tej cyfrowej anestezji, powracam do mojej stałej rubryki:

Cztery kadry / Pięć nut / Jedno zdanie

Cztery kadry: Z zatartego filmu taśmy 16 mm autorstwa Józefa Mgły „Zgniłe owoce jesieni” (1982). Scena, w której kamera gubi ostrość na pełne trzy minuty, błądząc po zniszczonej ścianie kamienicy – chwila czystej, wizualnej poezji przypadku.

Pięć nut: Dźwięk pękającej struny basowej w nagraniu koncertowym tria jazzowego z piwnicy przy ulicy św. Tomasza w Krakowie z zimy 1991 roku. Te pięć sekund chaosu, które zdefiniowały na nowo całą improwizację.

Jedno zdanie: „Prawda nie potrzebuje próby generalnej, bo prawda zawsze jest premierą”.

Jeżeli pozwolimy, by technologia ostatecznie wyprasowała fałdy naszej niedoskonałości, obudzimy się w świecie, w którym sztuka będzie jedynie doskonałym lustrem naszej własnej pustki. Czas docenić kiks, czas pokochać potknięcie. Bo tylko ten, kto upada, udowadnia, że naprawdę chodził po ziemi.