Syndrom Cichej Apostazji Towarzyskiej (SCAT): Gdy „Angielskie Wyjście” Zastępuje Sakramentalne Pożegnanie. Czy Cywilizacja Zmierza ku Ostatecznemu Rozpadowi Więzi?

W czasach, gdy kultura wysoka ustępuje miejsca dyktatowi natychmiastowej gratyfikacji, a tradycyjne wartości ulegają niepokojącemu rozwodnieniu, na salonach – zarówno tych dosłownych, jak i metaforycznych – panoszy się nowa, wielce niepokojąca plaga. Mowa o zjawisku, które w terminologii socjologiczno-obyczajowej ochrzciliśmy mianem Syndromu Cichej Apostazji Towarzyskiej (SCAT). To właśnie pod tą kliniczną nazwą kryje się bezduszna, pozbawiona elementarnej kultury praktyka znana pospólstwu jako „angielskie wyjście”. Gdy biesiadnik, zamiast uścisnąć dłoń gospodarza i złożyć dziękczynne ukłony, ulatnia się niczym kamfora, stajemy przed pytaniem: czy to tylko przejaw lenistwa, czy już ostateczny upadek ludzkiego ducha?
Wnikliwa obserwacja współczesnych zgromadzeń towarzyskich prowadzi do porażających wniosków. Pożegnanie – ów starożytny, niemal liturgiczny rytuał, który od zarania dziejów pieczętował wspólnotę doświadczenia – zostało zdegradowane do rangi zbędnego balastu. Dawniej, gdy człowiek prawy opuszczał gościnne progi, dokonywał aktu strzelistego: dziękował za strawę, błogosławił domowników i deklarował rychłe spotkanie. Był to sakrament codzienności, budujący gmach wzajemnego szacunku.
Dzisiaj, skażeni cyfrowym nomadyzmem i egoizmem, uczestnicy bankietów i skromnych domówek wolą cichaczem wymknąć się przez przedpokój, wcisnąć stopy w mokasyny i zniknąć w mroku nocy, pozostawiając gospodarza z poczuciem głębokiego egzystencjalnego osamotnienia. „Przecież nie chciałem psuć zabawy”, „nie chciałem przerywać rozmowy” – tłumaczą ci apostatowie savoir-vivre’u, zasłaniając się rzekomą troską o dynamikę grupy. Nic bardziej błędnego. To faryzejska próba usprawiedliwienia zwykłego tchórzostwa i braku poszanowania dla porządku społecznego.
Instytut Badania Degradacji Obyczajów im. bpa Wawrzyńca Gembickiego w swoim najnowszym raporcie wskazuje, iż SCAT dotyka już blisko 64% przedstawicieli młodego pokolenia. Co ciekawe, zjawisko to nasiliło się po ostatnich zawirowaniach na rynku pracy i powszechnym przejściu na model zdalny, co ostatecznie oduczyło nas bezpośredniego obcowania z bliźnim. Zamiast chrześcijańskiego „Pokój temu domowi” na odchodne, otrzymujemy jedynie głuchy telefon i lakoniczny SMS wysłany z wnętrza taksówki: „Dzięki, było super, musiałem uciekać”.
Taka postawa to nie tylko obraza dla gospodarza, który włożył serce, trud i nierzadko znaczne środki finansowe w przygotowanie wieczerzy. To przede wszystkim zamach na transcendentny wymiar spotkania. Pożegnanie jest bowiem niczym innym jak obietnicą zmartwychwstania relacji – sygnałem, że choć fizycznie się oddalamy, duchowo pozostajemy zjednoczeni. Rezygnacja z tego aktu to dobrowolne skazywanie się na banicję z kręgu cywilizowanych istot. Czas zatem uderzyć w dzwony i powrócić do standardów, które odróżniają nas od leśnej zwierzyny. Bez sakramentu pożegnania, nasze spotkania stają się jedynie chaotycznym zderzeniem atomów w próżni.
