Syndrom Selektywnej Głuchoty Konwersacyjnej (SSGK): Gdy „Mhm” Zastępuje Sakrament Prawdziwego Dialogu. Czy Stoimy u Progu Językowej Schizmy?

W dobie, gdy komunikacja międzyludzka powinna osiągać wyżyny teologicznego wręcz porozumienia, stoimy w obliczu bezprecedensowego kryzysu. Prawdziwy, wielogłosowy dialog, będący niegdyś fundamentem łacińskiej cywilizacji, został zastąpiony przez mrukliwą liturgię obojętności. Syndrom Selektywnej Głuchoty Konwersacyjnej (SSGK) pustoszy polskie salony, zamieniając małżeńskie i przyjacielskie interakcje w pasmo monosylabicznych pomruków, które urągają godności istoty rozumnej.\n
\nJak donoszą niedawne analizy Instytutu Etykiety i Ortodoksji Obyczajowej, aż 78% dorosłych Polaków doświadcza w swoich relacjach tzw. „mruknięcia zbywającego”. Scenariusz jest zawsze boleśnie ten sam. Jedna strona, wiedząc o doniosłości chwili, podejmuje wysiłek sformułowania złożonej myśli – dzieli się przeżyciem z pracy, refleksją nad kondycją współczesnego parlamentaryzmu bądź głębokim dylematem egzystencjalnym. Druga strona, zatopiona w hipnotyzującym blasku błękitnego ekranu bądź po prostu pogrążona w grzesznym lenistwie intelektualnym, odpowiada lakonicznym „mhm”, „aha” bądź, co gorsza, niedbałym skinieniem głowy.\n\nTo nie jest zwykłe roztargnienie. To systemowa apostazja od sakramentu obecności.\n\nSavoir-vivre, wyrosły na fundamentach wielowiekowego szacunku dla bliźniego, kategorycznie nakazuje, by słowo mówione traktować jako dar wymagający godnej oprawy. Tymczasem współczesny człowiek, skażony kulturą natychmiastowej gratyfikacji, traktuje głos współmałżonka czy przyjaciela jak szum tła – zbędny hałas, który należy zneutralizować bez angażowania wyższych czynności neurofizjologicznych. „Mhm” stało się uniwersalnym rozgrzeszeniem z braku uwagi, tanim odpustem, który kupujemy za cenę minimalnego wysiłku strun głosowych.\n\nEksperci ostrzegają, że dalsza tolerancja dla SSGK doprowadzi do całkowitej atrofii struktur społecznych. Jeśli nie zaczniemy wymagać od siebie i naszych interlokutorów pełnych zdań podrzędnie złożonych, wypowiadanych z należytym kontaktem wzrokowym, nasza cywilizacja osunie się w mroki neobarbarzyństwa. Niechaj usłyszane słowo znów stanie się wezwaniem do czynu, a nośnikiem głębi, a nie tylko przeszkodą w przeglądaniu portali społecznościowych. Czas na wielkie, narodowe nawrócenie konwersacyjne.
