Szept Instagramera w Świątyni Ducha: Czy Audioprzewodnik z TikToka Ostatecznie Wykastrował Nasze Obcowanie z Absolutem?

Szept Instagramera w Świątyni Ducha: Czy Audioprzewodnik z TikToka Ostatecznie Wykastrował Nasze Obcowanie z Absolutem?

Wejście do galerii sztuki było niegdyś aktem niemal mistycznym – przekroczeniem progu między profanum codzienności a sacrum nieskończoności. Dziś, zamiast drżenia serca w bezgłośnym dialogu z płótnem Karaważona czy Malewicza, w nasze uszy wtłacza się cyfrowy ekstrakt z banału. Oto bowiem, w imię “demokratyzacji sztuki”, instytucje wystawiennicze zastąpiły tradycyjny szept kustosza głosem popularnych influencerów, którzy przez słuchawki wyjaśniają nam egzystencjalny ból Van Gogha za pomocą emotikonów i młodzieżowego slangu. Czy to jeszcze kontemplacja, czy już tylko estetyczny tiktokiizm?

Spójrzmy prawdzie w oczy: współczesny widz jest leniwy. Nie chce już patrzeć; chce, aby mu powiedziano, co widzi, najlepiej w rytmie synkopowanego bitu. Instytut Estetyki Stosowanej im. Maurycego Półcienia opublikował niedawno raport, z którego wynika, że przeciętny czas obcowania z dziełem sztuki bez asysty cyfrowej wynosi obecnie równe cztery sekundy – dokładnie tyle, ile potrzeba na zrobienie zdjęcia z filtrem “vintage”. Aby ratować te statystyki, wielkie muzea narodowe poszły na pakt z diabłem komercji.

Wchodząc do narodowej galerii, nie uświadczysz już głębokiej ciszy, którą niegdyś mącili jedynie nieliczni astmatycy i szelest filcowych kapci. Zamiast tego otrzymujesz smartfon i słuchawki, z których sączy się głos dwudzietoletniego tiktokera: „Ej, ziomeczki, patrzcie na te słoneczniki, normalnie rel, chłop miał deprechę, ale kolorki całkiem hot, dajcie suba”. W tym momencie mistyczny błękit i tragiczna żółć płótna kurczą się do rozmiarów ikony na ekranie telefonu. Gdzie podziała się przestrzeń na osobiste objawienie? Na ten moment, gdy oko spotyka się z pędzlem, a dusza z nicością?

Niegdyś wybitny, choć niesłusznie zapomniany performer i teoretyk sztuki kontemplacyjnej, Eustachy Milczarek-Cichy, postulował w swoim manifeście z 1974 roku: „Sztuka istnieje tylko w szczelinie między spojrzeniem a brakiem słowa. Kto tę szczelinę zapełni gadaniem, ten staje się mordercą piękna”. Dzisiejsze galerie zamieniły się w fabryki kontentu, gdzie audio-przewodnicy pełnią rolę cyfrowych poganiaczy bydła, dbających o to, by stado nie zatrzymało się zbyt długo przy jednym obrazie i sprawnie przeszło do muzealnego sklepiku z magnesami na lodówkę.

To nie jest rewolucja demokratyczna; to ostateczna kapitulacja przed terrorem natychmiastowego zrozumienia. Prawdziwa sztuka wymaga trudu, wymaga błędu i przede wszystkim – wymaga ciszy. Jeśli pozwolimy, by algorytmy i influencerzy sączyli nam do uszu gotowe interpretacje, niedługo zaczniemy oglądać świat wyłącznie przez pryzmat pięciogwiazdkowych recenzji w Google. A wtedy ostatni kustosz zgasi światło, a nam pozostanie jedynie pusty szum w słuchawkach.