Ostatnie skrzypnięcie parkietu: Dlaczego ucieczka z widowni w trakcie spektaklu była najpiękniejszym manifestem awangardy?

Ostatnie skrzypnięcie parkietu: Dlaczego ucieczka z widowni w trakcie spektaklu była najpiękniejszym manifestem awangardy?

Współczesny widz teatralny przypomina doskonale wytresowane, domowe zwierzątko. Siedzi potulnie w pluszowym fotelu, przeżuwa mentalny popcorn i czeka na umowny sygnał do oklasków, choćby na scenie przez trzy godziny pokazywano mu wyłącznie proces schnięcia szarej farby na paździerzowej płycie. Gdzie podziali się dawni buntownicy, którzy potrafili trzasnąć drzwiami z taką gracją i taktem, że sam reżyser mdlał z zachwytu nad dramaturgią ich odejścia? Współczesność odebrała nam prawo do najpiękniejszego aktu krytycznego: do dumnego plebiscytu stóp.

Zagłębiając się w mroki historii polskiej awangardy międzywojennej, natrafiamy na postać dziś zupełnie przemilczaną, choć jego wkład w rozwój interakcji z publicznością przewyższa całe dekady współczesnego performance’u. Mowa o Maurycym Trzasku (1898–1934) – dramaturgu, teoretyku i, jak sam siebie określał, „architekcie wielkiej ewakuacji”. Trzask jako pierwszy zrozumiał, że scena to zaledwie połowa teatru. Druga, ta prawdziwa i pulsująca życiem, rozgrywa się na schodach prowadzących do wyjścia.

W swoim manifeście z 1924 roku, zatytułowanym wdzięcznie „Metafizyka Trzaśnięcia: O wyższości ucieczki nad bierną konsumpcją”, Trzask pisał: „Sztuka, która nie zmusza człowieka do ucieczki, jest jedynie letnią kąpielą dla mózgu. Dopiero w pośpiesznym szukaniu płaszcza w szatni, w tej panice zmarzniętych dłoni, rodzi się prawdziwe oczyszczenie – katharsis nowoczesnego nomada”.

Jego jedyne w pełni zrealizowane dzieło, jednoaktówka „Skowyty i Przeciągi” wystawiona w listopadzie 1925 roku w prowizorycznej sali przy ulicy Chłodnej w Warszawie, przeszło do legendy, choć przetrwało zaledwie czternaście minut. Trzask zaprojektował spektakl tak, by od pierwszej sekundy drażnić zmysły widzów. Aktorzy nie wypowiadali kwestii, lecz szeptali przepisy na marynowanie grzybów przy akompaniamencie monotonnego tarcia blachy o beton. Prawdziwym instrumentem dramatu był jednak celowo wypaczony parkiet widowni. Każdy krok uciekającego widza generował pisk o częstotliwości tak nieznośnej, że opuszczenie sali stawało się partyturą samą w sobie. Ostatni widz, który opuścił salę w dwunastej minucie, został przez Trzaska uroczyście ogłoszony „głównym solistą wieczoru” i nagrodzony bukietem zwiędłych porów.

Dziś, w dobie cyfrowego paraliżu woli, ta wspaniała tradycja umarła. Widzowie wolą cichaczem wyciągnąć smartfon i pod osłoną ciemności scrollować media społecznościowe, bezczeszcząc przestrzeń sztuki swoją pasywną obecnością. Nie mają już w sobie tej ułańskiej fantazji, by w połowie przydługiego monologu o kryzysie klimatycznym wstać, poprawić szal i z głośnym, niemal rytualnym „Dość!” opuścić świątynię Melpomeny.

A przecież ucieczka to też dialog. To najbardziej radykalna recenzja, jaką można napisać własnym ciałem. Kiedy następnym razem poczujecie Państwo, że reżyser na scenie bezczelnie marnuje Wasz czas, nie bójcie się. Wstańcie. Niech Wasze buty zagrają na deskach teatru tę ostatnią, najtrudniejszą partię. Maurycy Trzask patrzy na Was z góry i trzyma kciuki za Wasze idealnie zsynchronizowane trzaśnięcie drzwiami.