Film

Kataklizm w Narożniku Ekranu: Jak Wojna o Uwagę Zamieniła Napisy Końcowe w Nekrolog Sztuki?

Kataklizm w Narożniku Ekranu: Jak Wojna o Uwagę Zamieniła Napisy Końcowe w Nekrolog Sztuki?

Światła zgasły, historia dobiegła końca. W bohaterach wciąż buzują resztki adrenaliny, w nas – katharsis. Z głośników płynie starannie skomponowany utwór, który ma być balsamem dla duszy, ostatnim pociągnięciem pędzla na filmowym płótnie. A na ekranie, niczym uroczysta procesja, zaczynają sunąć one – napisy końcowe. Białe litery na czarnym tle. Litania nazwisk, cichy hołd dla setek rzemieślników, którzy oddali cząstkę siebie, byśmy my mogli na dwie godziny zapomnieć o świecie. To był święty rytuał. Był.

Dziś, w tej samej sekundzie, gdy wybrzmiewa ostatni akord, w prawym dolnym rogu ekranu dokonuje się zbrodnia. Święta procesja zostaje brutalnie skompresowana do rozmiaru znaczka pocztowego i zepchnięta na margines. Obok niej, z agresją akwizytora, pojawia się kolorowe, pulsujące okno zwiastuna serialu o gotujących na czas influencerach. Algorytm nie czeka. Algorytm nie zna litości. Algorytm musi wiedzieć, czy chcesz obejrzeć następny odcinek, zanim zdążysz pomyśleć, co właściwie obejrzałeś przed chwilą. Czy to tylko drobna niedogodność, czy może ostatnie tchnienie umierającej kultury?

Symfonia Twarzy w Odcieniach Błękitu i Oranżu: Czy Plakat Filmowy Ostatecznie Umarł?

Symfonia Twarzy w Odcieniach Błękitu i Oranżu: Czy Plakat Filmowy Ostatecznie Umarł?

Spójrzmy prawdzie w oczy, przechodząc obok multipleksu, nie obcujemy już z galerią sztuki, a z katalogiem produktów Ikei. Zunifikowane, pozbawione duszy plansze, na których lewitujące głowy bohaterów patrzą w różnych kierunkach z tym samym wyrazem egzystencjalnego znużenia, skąpane w obowiązkowej poświacie cyjanu i pomarańczy. To nie jest już zaproszenie do świata wyobraźni. To jest etykieta na puszce z generycznym sosem filmowym, krzycząca: “Znasz te twarze! Znasz te kolory! Konsumuj!”. Plakat, niegdyś artystyczny prolog, autonomiczne dzieło sztuki, stał się zakładnikiem algorytmu i badań fokusowych.

Saga Nieskończonych Wersji: Czy 'Wersja Reżyserska' To Ostatni Bastion Sztuki, Czy Marketingowy Policzek Wymierzony Widzowi?

Saga Nieskończonych Wersji: Czy 'Wersja Reżyserska' To Ostatni Bastion Sztuki, Czy Marketingowy Policzek Wymierzony Widzowi?

Istnieje pewna sakralna chwila, moment niemal liturgiczny, w którym dzieło opuszcza ręce swego stwórcy i staje się bytem autonomicznym. Obraz zostaje pokryty werniksem, ostatnia nuta symfonii wybrzmiewa w pustej sali, a na ekranie pojawia się ostateczne, nieodwołalne „FIN”. To akt artystycznej kropki nad „i”, kapitulacja twórcy przed własną kreacją. A jednak, w mrocznych zakamarkach współczesnej dystrybucji czai się widmo, które tę świętość bezcześci. Widmo nosi miano „Director’s Cut”.

Ta marketingowa hydra o wielu głowach – edycji rozszerzonej, wersji ostatecznej, cięcia finalnego – obiecuje nam dostęp do nieskażonej wizji artysty, do prawdy ukrytej przed nami przez bezdusznych producentów. Ale czy za tą obietnicą nie kryje się przypadkiem najzwyklejszy w świecie cyrograf, podpisany krwią sztuki w zamian za kilka dodatkowych srebrników? Czy dodatkowe piętnaście minut sceny, w której protagonista duma nad losem ludzkości, jedząc kanapkę z serem, faktycznie wnosi coś do katharsis, czy jest jedynie fuszerką, która nie przeszła pierwotnej selekcji?

Epitafium dla Czołówki: Czy Przycisk "Pomiń Wstęp" to Ostatni Gwóźdź do Trumny Sztuki Filmowej?

Epitafium dla Czołówki: Czy Przycisk "Pomiń Wstęp" to Ostatni Gwóźdź do Trumny Sztuki Filmowej?

Był to niegdyś rytuał. Sakralne przejście, przedsionek, w którym widz, niczym neofita przed inicjacją, był przygotowywany na misterium opowieści. Czołówka filmowa – audiowizualna uwertura, symfonia nazwisk i obrazów, która stroiła nasze dusze na odpowiednią częstotliwość. Dziś ten portal do innego świata został zbezczeszczony przez ordynarny, cyfrowy judasz – przycisk “Pomiń Wstęp”.

Ten niewielki, acz złowrogi prostokąt na ekranie to nie jest udogodnienie. To manifest kulturowej niecierpliwości, pomnik wzniesiony ku czci banału i apoteoza fabularnej bulimii. Wciskając go, nie oszczędzamy dziewięćdziesięciu sekund. Dokonujemy aktu estetycznej lobotomii, wycinając z dzieła jego integralną, pulsującą tkankę. Odbieramy sobie szansę na kontemplację, na wejście w trans, który pozwalał dziełom takim jak czołówki Saula Bassa czy serialu “True Detective” na trwałe zapisać się w naszej świadomości. Zamiast tego, wpadamy w wir akcji z gracją pijanego słonia w składzie porcelany.

Agonia Pauzy: Dlaczego Współczesne Kino Boi Się Ciszy Bardziej Niż Ognia Piekielnego?

Agonia Pauzy: Dlaczego Współczesne Kino Boi Się Ciszy Bardziej Niż Ognia Piekielnego?

Pamiętam tę scenę. Długa, nieruchoma. Twarz aktora, na której rozgrywa się cała tragedia bitwy, którą właśnie przegrał w swoim sercu. Nie pada ani jedno słowo. Słychać tylko szum wiatru za oknem i ciche tykanie zegara, odliczającego sekundy do nieuchronnej decyzji. To była cisza cięższa od ołowiu, głośniejsza od kanonady. A dziś? Dziś w tym samym czasie ekranowym zmieściłoby się siedemnaście cięć montażowych, trzy eksplozje i porcja dialogu napisanego przez algorytm, który upewniłby się, że nasza zdolność do skupienia uwagi nie zostanie nadwyrężona bardziej niż przez trzydziestosekundowy klip w mediach społecznościowych. Czyżby pauza, ten najsubtelniejszy instrument reżyserski, została ostatecznie złożona na ołtarzu audiowizualnego ADHD?